Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Historia i niezwykłości wsi Wszewilki
pod Miliczem w południowo-zachodniej Polsce
(2-języcznie, po angielsku For English version click on this flag i polsku Dla polskiej wersji kliknij na ta flage)
Zaktualizowano:
2017/10/17


Najnowsza aktualizacja: udoskonalenie punktów #J2, #D2


Menu 1:

(Wybór języka:)


(Organizujące:)

Strona główna

Skorowidz

Menu 2

Menu 4

FAQ

Tekst [11] w PDF


(Polskie tutaj:)

Wszewilki

Wszewilki w PDF

Źródłowa replika tej strony

Wieś Stawczyk

Zwiedzaj Wszewilki i Milicz

Wszewilki jutra

Zlot "Wszewilki-2007"

Unieważniony Zjazd "2007"

Poprzedni Zlot "2006"

Raport Zlotu "2006"

Miasto Milicz

Bitwa o Milicz

Św. A. Bobola

Wrocław

Malbork

Nowa Zelandia

Atrakcje Nowej Zelandii

Korea

Hosta

Pitna woda deszczowa

Energia słoneczna

Darmowa energia

Telekinetyczne ogniwo

Grzałka soniczna

Telekinetyka

Samochody bez spalin

Telekineza

Strefa wolna od telekinezy

Telepatia

Trzęsienia ziemi

Sejsmograf

Artyfakt

Koncept Dipolarnej Grawitacji

Totalizm

Pasożytnictwo

Karma

Prawa moralne

Nirwana

Dowód na duszę

Wehikuły czasu

Nieśmiertelność

Napędy

Magnokraft

Komora oscylacyjna

Militarne użycie magnokraftu

Tapanui

Nowa Zelandia

Atrakcje Nowej Zelandii

Dowody działań UFO na Ziemi

Fotografie UFO

Chmury-UFO

Bandyci wśród nas

Tornado

Huragany

Katrina

Lawiny ziemne

Zburzenie hali w Katowicach

Ludobójcy

26ty dzień

Petone

Przepowiednie

Plaga

Podmieńcy

WTC

Columbia

Kosmici

UFOnauci

Formalny dowód na istnienie UFO

Zło

Antychryst

O Bogu naukowo

Dowód na istnienie Boga

Metody Boga

Biblia

Wolna wola

Prawda

Dr Jan Pająk portfolio

O mnie (dr inż. Jan Pająk)

Starsze "o mnie"

Poszukuję pracy

Aleksander Możajski

Świnka z chińskiego zodiaku

Zdjęcia ozdobnych świnek

Radości po 60-tce

Kuramina

Uzdrawianie

Owoce tropiku

Owoce w folklorze

Postępowanie z żywnością

Ewolucja ludzi

Wszystko-w-jednym

Grecka klawiatura

Rosyjska klawiatura

Rozwiązanie kostki Rubika 3x3=9

Rozwiązanie kostki Rubika 4x4=16

Playlisty Jana (tylko pod "Google Chrome")

Instrukcja do playlist

Wrocław

Malbork

Milicz

Bitwa o Milicz

Św. Andrzej Bobola

Liceum Ogólnokształcące w Miliczu

Klasa Pani Hass z LO Milicz

Absolwenci PWr 1970

Nasz rok

Wykłady 1999

Wykłady 2001

Wykłady 2004

Wykłady 2007

Wieś Cielcza

Wieś Stawczyk

Wszewilki

Zwiedzaj Wszewilki i Milicz

Wszewilki jutra

Zlot "Wszewilki-2007"

Unieważniony Zjazd "2007"

Poprzedni Zlot "2006"

Raport Zlotu "2006"

Korea

Hosta

Lepsza ludzkość

Pajak na Prezydenta

Pająk do sejmu

Partia totalizmu

Statut partii totalizmu

FAQ - częste pytania

Replikuj

Memoriał

Sabotaże

Skorowidz

Menu 2

Menu 4

Źródłowa replika strony menu

Tekst [11] w PDF

Tekst [10] w PDF

Tekst [8p/2]

Tekst [8p]

Tekst [7]

Tekst [7/2]

Tekst [7b]

Tekst [6/2]

[5/4]: 1, 2, 3

Tekst [4c]: 1, 2, 3

Tekst [4b]

Tekst [3b]

Tekst [2]

[1/3]: 1, 2, 3

X tekst [1/4]

Monografia [1/4]:
P, 1, 2, 3, E, X

Monografia [1/5]



(English here:)

Wszewilki

Wszewilki in PDF

Source replica of this page

Village Stawczyk

Wszewilki of tomorrow

Milicz

Battle of Milicz

St. Andrea Bobola

Wrocław

Malbork

New Zealand

New Zealand attractions

Korea

Hosta

Drinking rainwater

Solar energy

Free energy

Telekinetic cell

Sonic boiler

Telekinetics

Zero pollution cars

Telekinesis

Telekinesis Free Zone

Telepathy

Earthquake

Seismograph

Artefact

Concept of Dipolar Gravity

Totalizm

Parasitism

Karma

Moral laws

Nirvana

Proof of soul

Time vehicles

Immortality

Propulsion

Magnocraft

Oscillatory Chamber

Military use of magnocraft

Tapanui

New Zealand

New Zealand attractions

Evidence of UFO activities

UFO photographs

Cloud-UFOs

Bandits amongst us

Tornado

Hurricanes

Katrina

Landslides

Demolition of hall in Katowice

Predators

26th day

Petone

Prophecies

Plague

Changelings

WTC

Columbia

Aliens

UFOnauts

Formal proof for the existence of UFOs

Evil

Antichrist

About God

Proof for the existence of God

God's methods

The Bible

Free will

Truth

Dr Jan Pająk portfolio

About me (Dr Eng. Jan Pajak)

Old "about me"

My job search

Aleksander Możajski

Pigs from Chinese zodiac

Pigs Photos

Healing

Tropical fruit

Fruit folklore

Food handling

Evolution of humans

All-in-one

Greek keyboard

Russian keyboard

Solving Rubik's cube 3x3=9

Solving Rubik's cube 4x4=16

Jan's playlists (only under "Google Chrome")

Instruction of playlists

Wrocław

Malbork

Milicz

Battle of Milicz

St. Andrea Bobola

Village Cielcza

Village Stawczyk

Wszewilki

Wszewilki of tomorrow

Korea

Hosta

1964 class of Ms Hass in Milicz

TUWr graduates 1970

Lectures 1999

Lectures 2001

Lectures 2004

Lectures 2007

Better humanity

Pajak for parliament

Party of totalizm

Party of totalizm statute

FAQ - questions

Replicate

Memorial

Sabotages

Index of content with links

Menu 2

Menu 4

Source replica of page menu

Text [11] in PDF

Text [8e/2]

Text [8e]

Text [7]

Text [7/2]

Text [6/2]

Text [5/3]

Figs [5/3]

Text [2e]

Figures [2e]: 1, 2, 3

Text [1e]

Figures [1e]: 1, 2, 3

X text [1/4]

Monograph [1/4]:
E, 1, 2, 3, P, X

Monograph [1/5]


(Hier auf Deutsch:)

Dr Jan Pająk portfolio

Über mich

Freie Energie

Telekinesis

Moralische Gesetze

Totalizm

Menu 2

Menu 4

Quelreplica dieser Seite


(Aquí en espańol:)

Energía libre

Telekinesis

Leyes morales

Totalizm

Sobre mí

Menu 2

Menu 4

Reproducción de la fuente de esta página


(Ici en français:)

Énergie libre

Telekinesis

Lois morales

Totalizm

Au sujet de moi

Menu 2

Menu 4

Reproduction de source de cette page


(Qui in italiano:)

Energia libera

Telekinesis

Leggi morali

Totalizm

Testo [7]

Circa me

Menu 2

Menu 4

Replica di fonte di questa pagina




Menu 2:

(Przesuwne)

Oto wykaz wszystkich stron które powinny być dostepne pod niniejszym adresem (tj. na tym serwerze), w zestawieniu językowym - w 8 językach. Jest on częściej aktualizowanym powtórzeniem stron zestawionych też w "Menu 1". Wybierz poniżej interesującą Cię stronę manipulując suwakami, potem kliknij na nią aby ją uruchomić:

Tu powinna być wyświetlona strona menu2.htm.

(Ten sam wykaz daje się też wyświetlić z "Menu 1" poprzez kliknięcie tam na "Menu 2".)



Menu 3: (Alternatywne adresy tej strony:)

(Na płatnych serwerach:)

totalizm.com.pl

totalizm.pl

energia.sl.pl

pajak.org.nz

(Na darmowym hostingu z FTP:)

cielcza.cba.pl

quake.hostami.me

tornados2005.narod.ru

geocities.ws/immortality

(Stare i już NIE aktualizowane:)

dhost.info/nirvana

morals.mypressonline.com

telekinesis.esy.es

totalizm.20fr.com




Menu 4:

(Przesuwne)

Oto wykaz adresów wszystkich totaliztycznych witryn działających w dniu aktualizacji tej strony. Pod każdym z owych adresów powinny być dostępne wszystkie totaliztyczne strony wyszczególnione w "Menu 1" i "Menu 2", włączajac w to również ich odmienne wersje językowe (tj. wersje w językach: polskim, angielskim, niemieckim, francuskim, hiszpańskim, włoskim, greckim i rosyjskim). Najpierw więc w poniższym okienku wybierz adres serwera z każdego masz zamiar skorzystać manipulując suwakami, potem kliknij na jego adres, kiedy zaś otworzy się strona reprezentująca ów serwer wówczas wybierz sobie z "Mednu 1" lub z "Menu 2" interesującą cię stronę i kliknij na nią aby ją uruchomić i przeglądnąć:

Tu powinna być wyświetlona strona menu.htm.

(Niniejszy wykaz daje się też wyświetlić z "Menu 1" poprzez kliknięcie tam na "Menu 4".)


Witam na stronie o historii i niezwykłościach wsi Wszewilki (Stawczyk) spod dolnośląskiego miasta Milicza, znaczy wsi w której ja się urodziłem:


Część #A: Informacje wprowadzające tej strony:

      

#A1. Co mnie zainspirowało do napisania tej strony:

       Gdyby ktoś nam opowiedział o miejscu na Ziemi, które jest tak niezwykłe, że wypełniają się w nim marzenia - jeśli tylko spełniają one określone warunki (np. są wystarczająco silne aby pamiętało się o nich 50 lat później), a także że zachodzące w nim zmiany reprezentują symboliczną esencję wszystkiego co dzieje się w promieniu do kilkudziesięciu kilometrów od niego, zapewne uważalibyśmy to za bajki. Tymczasem miejsce takie faktycznie istnieje. Nazywa się Wszewilki. Leży ono około 1 kilometra według "lotu sroki" na północny wschód od małego miasteczka Milicza z południowo-zachodniej Polski. Ja się w nim urodziłem. Spowodowało ono że wszystkie moje istotne i realne marzenia się wypełniły. Także istotne i realne marzenia ludzi których znałem, też ono zrealizowało. Na pierwszy rzut oka wygląda ono ogromnie "normalnie". Jednak jeśli mu się przyglądnąć dokładniej, nawet owa jego normalność jest niezwykła - ponieważ wynika ona z faktu, ze miejsce to symbolizuje sobą esencję wszystkiego co się dzieje w promieniu do kilkudziesięciu kilometrów od niego. A niemal wszystko co obecnie się tam dzieje wygląda przecież "normalnie".


#A2. Jakie są cele tej strony:

       Niniejsza etniczna strona internetowa zawiera opowieść o owej niezwykłej wsi Wszewilki, a bardziej ściśle, o jej miniaturowym chociaż historycznie najstarszym fragmencie, obecnie oficjalnie nazywanym podwójnym słowem "Wszewilki-Stawczyk", zaś przez miejscowych ludzi nadal nazywanym "Stawczyk". Odnotuj jednak że kiedyś ta najstarsza część Wszewilek nazywała się inaczej, mianowicie "Stawczyk", wcześniej "Wszewilki", przedtem "Cegielnia", jeszcze wcześniej (tj. przed 1945 rokiem) "Neu-Steffitz".
       Ponadto strona ta wskazuje linki do innych stron posiadających z nią związek tematyczny. Najważniejsza z tych tematycznie związanych stron, to strona o nazwie stawczyk.htm. Opisuje ona wieś Stawczyk zaprezentowaną z odmiennego bo z filozoficznego punktu widzenia. Inna, również dosyć istotna strona o tej wiosce nosi nazwe wszewilki_milicz.htm. Opisuje ona wsie Stawczyk i Wszewilki z punktu widzenia turysty. W swoim punkcie #D2 opisuje ona m.in. "szlaki wędrowne" w obrębie i wokół wsi Stawczyk oraz Wszewilki. Szlaki te umożliwiają "poinformowane" zwiedzenie najważniejszych z opisywanych tutaj miejsc i obiektów tej wioski. Inna też tematycznie związana strona to wszewilki_jutra.htm". Ta z kolei opisuje moje marzenia na temat przyszłego rozwoju i charakteru wsi Stawczyk - np. w punkcie #J3 przytacza opisy przyszłego wyglądu wsi Stawczyk w czasach mojej tam wizyty prawdopodobnie mającej miejsce około 2222 roku. Strona Milicz opisuje historię miasteczka Milicza, do którego Wszewilki kiedyś należały.
       Od nazwy wsi Stawczyk liczne osoby wywodzą swoje nazwisko "Stawczyk". Dlatego dostarczam tutaj też link do strony pokrewnej z niniejszą noszącej nazwę stawczyk.htm, na której staram się też wyjaśnić nieco więcej na temat pochodzenia nazwiska "Stawczyk".


#A3. Wszewilki (Stawczyk) są miejscem gdzie ja się urodziłem:

       Ja właśnie urodziłem się i wychowałem w owych "Wszewilkach-Stawczyku" - jak obecnie oficjalnie wioseczka ta jest nazywana. Mieszkałem w niej w latach od 1946 do 1964 (z jednorocznym wyjątkiem w roku szkolnym 1957/8 - kiedy to mieszkałem ze swą właśnie owdowiałą babcią w totaliztycznej wiosce o nazwie Cielcza). Z tym okresie czasu zaobserwowane więc lub poznane zostały najwazniejsze fakty raportowane na tej stronie. Wszystkie też niezwykłości opisane na tej stronie wywodzą się właśnie z owej wioseczki. Podobnie jak moje strony o Miliczu, o Wrocławiu, czy o bitwie o Milicz, niniejsza etniczna strona internetowa opisuje ludowe opowieści na temat historii i ciekawostek Wszewilek-Stawczyka, czyli opisuje co ludzie kiedyś w tej wiosce mówili, lub w co kiedyś w niej wierzyli. Przytaczając te ludowe opowieści nie staram się tu weryfikować na ile są one prawdziwe, chociaż jeśli znany jest mi materiał dowodowy potwierdzający poprawność określonych stwierdzeń, wówczas materiał ten wskazuję.


Część #B: Geograficzne zlokalizowanie Wszewilek (Stawczyka):

      

#B1. Gdzie możemy znaleźć Wszewilki (Stawczyk):

       Przytoczmy teraz kilka danych na temat Wszewilek. Wieś ta w prostej linii leży około 1 kilometra na północny-wschód od małego Dolno-Śląskego miasteczka Milicza. Jednak pomiędzy nią a Miliczem znajduje się niewielka rzeka o nazwie "Barycz" - widoczna na zdjęciu satelitarnym Wszewilek pokazanym w następnym paragrafie. Stąd, jeśli ktoś zamierza do wsi tej wędrować z Milicza, wówczas zmuszony jest podążać drogą okrężną przez jedyny most drogowy w okolicy, co zajmie mu około 3 kilometry drogi. Wszewilki są ogromnie starą wsią. Prawdopodobnie jedną z najstarszych ze wsi ciągle istniejących w Polsce. Faktycznie to są one tak samo stare jak byłe grodzisko Milicza, zaś nieporównanie starsze od dzisiejszego (murowanego) miasta Milicza. Jako podgrodowa kolonia rolniczo-produkcyjna Wszewilki istniały już bowiem w czasach kiedy dzisiejszy murowany Milicz nie zaczął nawet być budowany. (Grodzisko Milicza podobno jest tak stare jak Biskupin czy jak piramidy egipskie). Tyle że do jakichś około 1000 lat temu Wszewilki nie posiadały własnych stałych mieszkanców, a jedynie tymczasowe zabudowania gospodarskie. Wszyscy bowiem ludzie pracujący na polach z terenu obecnych Wszewilek, aż do około 1000 lat temu wieczorami wracali do grodziska Milicza gdzie spędzali noce. Wszewilki zawsze były wsią wolnych ludzi. Jako takie zawsze były też znacznie zamożniejsze i znacznie okazalsze od innych wsi. Jednak od jakichś 200 lat jakieś "diabły" "zawzięły" się na wieś Wszewilki i zaczęli z jakichś powodów "spiskować" przeciwko tej wsi wolnych ludzi. Najpierw spisek ten spowodował, że w 1875 roku owa starodawna wieś Wszewilki przecięta została przez sam środek swojego "ryneczku" na dwie połowy linią kolejową z Milicza do Krotoszyna. Sam zaś ryneczek, a wraz z nim wszewilkowska pradawna karczma i kościółek, zamienione wówczas zostały w ogromny dół w ziemi. Jednocześnie wytoczono nową drogę przez wieś, co spowodowało stopniowe usunięcie całej dawnej zabudowy Wszewilek. A zabudowa ta była ogromnie interesująca, bowiem w toku dziejów Wszewilki dopracowały się swojego własnego, unikalnego stylu architektonicznego. Styl ten prawdopodobnie później został skopiowany od Wszewilek przez akademicko edukowanych architektów i upowszechniony po całym świecie, gdzie obecnie jest on znany pod angielską nazwą "tudor" - patrz zdjęcie "Fot. #G2" z tej strony. (W Polsce jest on znany pod popularną nazwą "mur pruski" - jako że w czasach kiedy stał się on popularny, Wszewilki stanowiły już część Prus.) Tyle że zasługi za wynalezienie tego stylu wcale nie przypisuje się Wszewilkom. W jakis czas potem, przy drodze do starego wszewilkowskiego młyna wodnego na Baryczy postawiono nowy młyn elektryczny. Ten nowy młyn stopniowo odebrał klientów staremu młynowi wodnemu Wszewilek, jaki wspierał tą wieś swoją pracą przez ostatnie około 1000 lat. W ten sposób doprowadził on stary młyn do bankructwa i ruiny. Nawet nazwa i energetyczna jedność owej wsi zostały wówczas zaatakowane. Metalowe tory owej linii kolejowej, zgodnie z twierdzeniami Chińskiego "feng shui", przecinają i dzielą naturalne przepływy energii "chi" jak ostrze noża. Ostrze to przepołowiło więc dawne Wszewilki na dwie odrębne części. Wszystko też co leży po obu stronach tej linii kolejowej nie może już obecnie być nazywane taką samą nazwą, a musi używać odmiennych nazw. Począwszy więc od owego czasu, administracyjnie obie te części dawnych pojedynczych Wszewilek rozpatrywane są już oddzielnie jako dwie odrębne wsi, jakie noszą odmienne nazwy, jakich losy toczą się już innymi torami, itp. Obie owe części obecnie nazywają się "Wszewilki", oraz "Wszewilki-Stawczyk". Stąd ja poniżej też używam dla obu tych części obecnych oficjalnych nazw "Wszewilki" oraz "Wszewilki-Stawczyk". Niestety, owa odrębna nazwa dla najstarszej części omawianej tutaj wioski (tj. dla dzisiejszych "Wszewilek-Stawczyka"), jest jakaś pechowa. (Wszakże symbolizuje ona wszystko co dzieje się w promieniu do kilkudziesięciu kilometrów od owych "Wszewilek-Stawczyka".) Po prostu uparcie odmawia przyjęcia się. (Czyżby los kazał jej odczekać z definitywnym zaaprobowaniem swej nazwy, aż będzie mogła być nazwana moim nazwiskiem, przykładowo jako "Pająkowo" czy "Pajakville"?) Od 1945 roku była więc zmieniana aż kilkakrotnie. Przed wyzwoleniem i podczas wojny wioska ta ciągle należała do Prus (Niemiec) i dlatego nazywała się po niemiecku "Neu-Steffitz", czyli jakby "nowa wersja" pobliskiego "Steffitz" ("Steffitz" to przedwojenna nazwa dzisiejszego "Stawca"), podczas gdy obecne "Wszewilki" nazywały się wówczas "Ziegelscheune", zaś Milicz nazywał się "Militsch" - po poprawne tlumaczenia tych nazw patrz strona genealogienetz.de. (Faktycznie jednak owe niby Neu-Steffitz są równie starą jak sam Milicz osadą ludzką, czyli najstarszą wsią w promieniu kilkudziesięciu kilometrów.) Potem zaraz po wyzwoleniu nazwano ją "Cegielnia". Kiedy jednak przez pomyłkę zaczęły do niej przybywać ciężarówki zamierzające odebrać cegły z cegielni w pobliskim Stawcu, przemianowano jej nazwę na Wszewilki. Pod tą nazwą istniała aż do końca czasów kiedy ja w niej mieszkałem. Niestety, też nie było to dobre rozwiązanie, bowiem w sensie przepływu energii "chi" stanowiła ona odrębną wioskę, jednak jej nazwa pokrywała się z nazwą wioski do niej przyległej. Dlatego kiedy w 1964 roku przeniosłem się do Wrocławia, nazwę owej mini-wioseczki przemianowano na "Stawczyk". To spowodowało ponowną konfuzję, ponieważ zamiast do niej, ludzie którzy zamierzali ją odwiedzić trafiali do pobliskiego "Stawca". W końcu około 1985 roku ktoś wpadł na pomysł aby nadać jej podwójną a więc raczej niewygodną nazwę "Wszewilki-Stawczyk". Pod ową niewygodną nazwą oficjalnie istnieje ona aż do dzisiaj. Ja jednak sugerowałbym aby kiedyś nazwać ją albo "Pająkowo" (aby uhonorować moje polskie pochodzenie z tej właśnie wioseczki), albo też "Pajakville" (aby przerzucić most pomiędzy miejscem mojego urodzenia i angielskojęzyczną Nową Zelandią, która reprezentuje moje późniejsze obywatelstwo, tradycje, oraz kulturę.) Wszakże owa nazwa zamykałaby wszelkie dotychczasowe problemy. Nie tylko bowiem ucinałaby ona dalszą konfuzję i doskonale harmonizowała z nazwą Wszewilki dla wioski do niej przylegającej, ale ponadto nadawałaby jej unikalną wymowę alegoryczną.


#B2. Mapy i satelitarne zdjęcia Wszewilek:

       Dokładną mapę Wszewilek oraz okolic owej wioski zobaczyć można np. na stronie internetowej o adresie www.mapapolski.pl/ (po kliknięciu na link wywołujący tą stronę należy wpisać tam nazwę Wszewilki w okienko "Miejscowość", poczym kliknąć na "Pokaż"). Na mapie tej czarną linią zaznaczony jest przebieg linii kolejowej która w 1875 roku staranowała miniaturowy ryneczek Wszewilek. Jak widać z owego przebiegu, linia ta celowo najeżdża na Wszewilki ze wschodu, zaś po staranowaniu ryneczka tej miejscowości odjeżdża ponownie na wschód. Tą samą linię kolejową, a także miejsce po byłym ryneczku Wszewilek, można sobie też oglądnąć na znacznie dokładniejszym od map zdjęciu satelitarnym Wszewilek, dostępnym pod adresem internetowym http://maps.google.com/maps?ll=51.551406,17.286901&spn=0.026010,0.058545&t=k&hl=en. Tam również wyraźnie widać przebieg linii kolejowej zagięty celowo ku byłemu ryneczkowi Wszewilek. Kto u licha zaprojektował tak złośliwie przebieg owej linii kolejowej? Odnotuj również, że wszystkie stawy widoczne przy samych Wszewilkach uformowane zostały dopiero około 1990 roku (żadnych stawów tam nie było w czasach kiedy linia owa była budowana). Lokacja tych stawów też została dobrana na tyle złośliwie, aby zalały one m.in. pozostałości około 1000-letniego młyna wodnego który przez wszystkie te wieki operował na poprzednim korycie Baryczy właśnie przy Wszewilkach.


Część #C: Historia Wszewilek (Stawczyka):

      

#C1. Co nam wiadomo o historii Wszewilek-Stawczyka i o roli jaką dla powstania tej wsi stanowiło zbudowanie młyna wodnego na Baryczy:

       Wszystko zaczęło się od wzmożonego ruchu kupców, jaki obszar obecnej Polski doświadczył po około 800 roku AD. Karawany tych kupców podążające tzw. "bursztynowym szlakiem" zatrzymywały się na noc w starym grodzisku Milicza, obecnie znanym pod nazwą "Chmielnik". Kupcowie z tych karawan informowali Miliczan co nowego się dzieje w dalekim świecie. Z kolei niektórzy z ich służby i pachołków, którym pechowo przyszło zachorować w drodze lub zostać poranionym w licznych wówczas potyczkach z bandytami, pozostawali czasami w Miliczu na dłużej lub nawet na stałe. Oczywiście, czynili to tylko aby czasowo podleczyć rany doznane w drodze, czy aby podreperować zdrowie. Jednak los lubi płatać figle i zatrzymując się na krótko czasami pozostawali oni w Miliczu na całą resztę życia. Owi przybysze z za morza uczyli Miliczan rzemiosł i umiejętności doskonale wówczas już znanych na południu Europy. Do owych nowych umiejętności, m.in. należała umiejętność budowania murowanych miast oraz umiejętność budowania młynów wodnych.
       W rezultacie tego napływu wiedzy i umiejętności, gdzieś po około 900 roku AD Miliczanie ciągle wówczas mieszkający w prymitywnym grodzisku z drewna i trzciny, zdecydowali się zbudować sobie murowane miasto z silnymi murami obronnymi. Po jego wzniesieniu przenieśli się też do niego z dawniej zajmowanego drewnianego grodu (obecnie "Chmielnik"). Jako budulca do owego nowego murowanego miasta, używali oni tzw. "rudy darniowej" jaka pozyskiwana była z okolic dzisiejszej tamy pokazanej na zdjęciu z "Fot. #D1". Ruda ta do dzisiejszego Milicza spławiana była Baryczą. Wznoszone z niej budynki i mury wyglądały tak jak ten pokazany na zdjęciu z "Fot. #F1". Miejsca stałego zakwaterowania silnych pachołków, którzy pozyskiwali ową "rudę darniową" i spławiali ją do Milicza, dostarczyły zaczątków dla trwałego osadnictwa ludzkiego, które dzisiaj nazywane jest wsią Wszewilki-Stawczyk (zaś które ja powyżej nazwałem żartobliwie "Pająkowem").
       Wieś obecnie zwana Wszewilki-Stawczyk, faktycznie jest niemal tak samo stara jak samo grodzisko Milicza. Obecnie liczy więc ona już kilka tysięcy lat. Przez jednak relatywnie długi okres początkowego czasu, miała ona formę tymczasowych schronów pastuchów bydła budowanych na wypadek niepogody. Pastuchowie ci na stałe mieszkali w starym grodzisku Milicza (tj. w grodzisku "Chmielnik"). Jednak codziennie wędrowali oni ze swymi stadami po okolicznej dolinie Baryczy w poszukiwaniu najlepszej paszy. Ze względów bezpieczeństwa, nie mogli jednak oddalić się od swego grodziska na odległość większą niż zasięg sygnałów dźwiękowych z wieży obserwacyjnej grodziska. Faktycznie więc miejscem najbardziej oddalonym od owego grodziska, w którym ciągle wypasali swoje stada, były okolice dzisiejszej wsi Wszewilki-Stawczyk. Tam też budowali tymczasowe schrony, które chroniły ich w dni niepogody. Dopiero jednak po 900 AD, kiedy Milicz potrzebował intensywnej robocizny dla pozyskiwania budulca na swoje mury i domy, owe tymczasowe schroniska pastuchów przekształciły się w regularną wieś. Wieś ta początkowo rozciągała się wzdłuż drogi z Wszewilek do Baryczy, która zaraz po drugiej wojnie światowej nazywana była niesłusznie "drogą na tamę" (faktycznie była ona "drogą do starego milickiego młyna wodnego"). Droga ta istniała aż do około 1990 roku, wiodąc z Wszewilek w kierunku pierwszej przymilickiej tamy na Baryczy. Obecnie pozostał już tylko niewielki jej fragment, jaki wychodzi z Wszewilek-Stawczyka i prowadzi "do nikąd".
       Przełomowym punktem czasowym w krytalizowaniu się dzisiejszej wsi Wszewilki-Stawczyk, było zbudowanie młyna wodnego na Baryczy. Młyn ten działał już zapewne gdzieś pomiędzy latami 900 a 1000 AD. Był on więc najstarszym i jedynym młynem wodnym w okolicach Milicza, a także najstarszym młynem wodnym w tej części Polski. Stał on w poprzek starego koryta rzeki Baryczy, w miejscu jakie leży jedynie około 100 metrów na północ od dzisiejszej milickiej tamy na Baryczy. (Od około 1990 roku miejsce to zostało zalane nowym stawem rybnym, uformowanym na byłym obszarze historycznym, w którym kiedyś rodziła się dzisiejsza wieś Wszewilki-Stawczyk.) Kiedy byłem małym chłopcem, w owym byłym miejscu starego młyna ciągle znajdowały się fundamenty koła wodnego i zastawy wody. Ciągle też istniały tam pozostałości kanału i stawu w dawnym korycie Baryczy, jakie doprowadzały wodę do owego koła. Niestety samego koła wodnego ani zabudowań młyna już tam nie było. Ciągle jednak w pobliżu rosły resztki zdziczałych drzew owocowych które kiedyś porastały pobliże owego prastarego młyna wodnego z Wszewilek-Stawczyka. Rosły one na obszernej łące-placu, na którym w dawnych czasach stały kolejki wozów oczekujących na swoją kolejkę do mielenia przywiezionego zboża na mąkę. Ponadto nadal istniały tam tzw. "klepiska" po kilku lepiankach zajmowanych przez parobków pracujących w owym młynie. Istniało też wysokie wzgórze usypane w widłach obu gałęzi Baryczy rozchodzących się od stawu spiętrzającego wodę dla owego młyna. Na płaskim czubku owego wzgórza kiedyś znajdował się dom młynarza.
       Korzystanie z tego młyna wodnego wymagało lądowego transportu zboża i mąki. Z kolei sam młyn, a także ludzie którzy przybywali czasami z bardzo daleka aby z niego korzystać, potrzebowali różnych usług i robocizny, a niekiedy nawet i noclegu. W ten sposób na terenie dzisiejszych Wszewilek, a ścislej na skrzyżowaniu głównej drogi wiodącej do owego młyna z Dziadkowa, Pomorska oraz Stawca, z inną główną drogą która wiodła z Milicza do Sulmierzyc, z czasem powstała spora wieś. Pomału wieś ta zbudowała sobie własny miniaturowy ryneczek, karczmę z zajazdem, piekarnię, a później nawet własny kosciół. Wioska owa stopniowo rozrastała się od tego skrzyżowania we wszystkich kierunkach wzdłuż owych dwóch głównych dróg, które przecinały się na kształt krzyża mniej więcej w miejscu gdzie obecnie przy torach kolejowych na Wszewilkach-Stawczyku widnieje centrum ogromnego zarośniętego krzakami dołu, a ściślej rozległego wyrobiska po piasku zabranym stamtąd w 1875 roku do budowy nasypu kolejowego.
       Niezależnie od dostawy mąki i chleba, z czasem dzisiejsze Wszewilki-Stawczyk przekształciły się również w rodzaj dostawcy do Milicza wszelkich produktów konsumpcyjnych codziennego spożycia, takich jak mleko, jajka, kurczaki, warzywa, itp. Można więc śmiało powiedzieć, że prastara wioska która obecnie nazywa się "Wszewilki-Stawczyk", faktycznie najpierw zbudowała Milicz, potem broniła Milicza przed wrogami, w końcu żywiła na codzień mieszkańców Milicza. Nic dziwnego, że wioska ta oraz jej mieszkańcy bez przerwy rośli w zamożność i znaczenie. Ponieważ Milicz przez spory okres czasu był miastem należącym do biskupa wrocławskiego, także wieś Wszewilki-Stawczyk która była żywicielką Milicza, automatycznie znajdowały się pod ochroną i protekcją owego biskupa. To jest powodem dla którego Wszewilki nigdy nie miały swojego dworu ani swojego "szlachcica właściciela". Ich mieszkańcy zawsze pozostawali ludźmi wolnymi przynależącymi do biskupiego miasta Milicza i na niemal takich samych prawach jak mieszczanie owego miasta. W przeważającej też większości owi mieszkańcy byli polskiego (słowiańskiego) pochodzenia.
       Ten brak właściciela Wszewilek, w połączeniu ze słowiańskimi inklinacjami ich mieszkanców, okazał się w końcu fatalny dla ich istnienia jako kompletnej wioski. Kiedy bowiem około 1875 roku władze pruskie realizowały budowę kolei przez Milicz, ktoś złośliwy celowo tak zaplanował przebieg tej kolei, że jej tory przecięły miniaturowy ryneczek Wszewilek oraz ztaranowały prastary kościółek który stał przy owym ryneczku. Wszystko też co mieściło się przy owym ryneczku, włączając w to starą wszewilkowską karczmę oraz ów katolicki kosciółek, zostało zburzone pod pretekstem budowy kolei. Ponieważ zaś grunta na których ów ryneczek był położony, stanowiły ziemię publiczną, spółka budująca kolej zaczęła z nich pozyskiwać piasek potrzebny do budowy nasypu kolejowego. W rezultacie, w miejscu gdzie kiedyś mieściło się historyczne centrum Wszewilek z miniaturowym ryneczkiem tej wioski i budynkami publicznymi, około 1875 roku powstała ogromna dziura w ziemi. Do dzisiaj dziura ta straszy przejezdnych, kompletnie zarosła krzakami. Obecnie można ją oglądać w centralnym miejscu Wszewilek, tj. na skrzyżowaniu dwóch głównych dróg tej wioski, czyli tam gdzie główna szosa wsi jest przecięta polną drogą miejscowo nazywaną obecnie "drogą na tamę" (faktycznie to jest to droga do starego młyna wodnego Wszewilek).
       Równocześnie z budową kolei przez ryneczek Wszewilek, tj. około 1875 roku, dokonano też zmiany przebiegu głównej drogi tej wioski. Poprzednio przez Wszewilki wiodła piaszczysta i kręta polna droga, jaka przebiegała w przybliżeniu około 100 metrów na południe od dzisiejszej najważniejszej drogi przez tą wioskę. Stare położenie tej oryginalnej drogi do dzisiaj jest wskazywane przez położenie tego jej odcinka, który nawet obecnie używany jest we Wszewilkach-Stawczyku. Zaraz po drugiej wojnie światowej, wzdłuż owej starej drogi przez Wszewilki ciągle stały stare budynki gospodarcze. Wyglądały one nieco dziwnie, bowiem rozlokowane były w rzędzie w środku pól uprawnych w odległości co najmniej jakieś 100 metrów na południe od obecnej drogi i zabudowań tej wioski.
       W jakiś czas po roku 1900-tnym, we Wszewilkach zbudowano młyn elekryczny. Usadowiony on został przy nowej drodze przez wioskę, a ściślej na jej skrzyżowaniu z drogą wiodącą do starego młyna wodnego na Baryczy. Przez swoje konkurencyjne położenie kuszące wszystkich zdążających do starego młyna, ten nowy młyn stopniowo odebrał klientów staremu młynowi wodnemu. Stary więc młyn wodny popadł wówczas w ruinę i z czasem został całkowicie opuszczony. Jego upadek zmusił z kolei Miliczan do zbudowania nowej tamy na Baryczy, oraz do uregulowania samej rzeki. Jednocześnie wieś Wszewilki-Stawczyk straciła swoje historyczne korzenie wyrastające ze starego młyna wodnego na Baryczy.
       Ponieważ jako mały chłopiec wielokrotnie oglądnąłem sobie ciągle istniejące wówczas resztki prastarego młyna wodnego Wszewilek, a także ponieważ nasłuchałem się sporo opowiadań na jego temat, miałem w umyśle dosyć dokładne wyobrażenie jak ów młyn wyglądał kiedy ciągle był używany. Gdy więc w kwietniu 2013 roku wszedłem w maleńkim miasteczku Petonie do jednego z 8-miu istniejących tam wówczas sklepów z używanymi sprzętami domowymi, wprost oszołomił mnie obraz zawierający zdjęcie prastarego młyna, jaki ktoś zaoferował tam na sprzedaż. (Tak ogromna liczba sklepów z "antykami" jakie prosperują w maleńkim Petonie, wynika z depresji ekonomicznej panującej w Nowej Zelandii już od 2008 roku, jaka to depresja powoduje, że aby przeżyć ludzie sprzedają co tylko mogą.) Ja zaglądnąłem do owego sklepu w poszukiwaniu jakiegoś podobającego mi się obrazu, jaki mógłbym powiesić na ścianie naszego mieszkania. Stary młyn z obrazu jaki w sklepie tym przykuł moją uwagę, wyglądał tak jak w swej pamięci i wyobraźni wiedziałem, iż wyglądał ów tysiącletni młyn wodny z Wszewilek. Kupiłem więc ów obraz, głównie NIE z powodu jego piękna czy wartości artystycznych, a ponieważ poruszył moje serce sentymentem za rodzinnymi Wszewilkami. Podobiznę samego pokazanego na nim młyna prezentuję poniżej jako "Fot. #C1". (Cały obraz pokazuje też sporo jesiennej scenerii krajobrazu z otoczenia tego młyna.) Dane jakich się doczytałem z notatki na jego odwrocie pozwoliły mi potem ustalić gdzie ów młyn jest zlokalizowany, a także odkryć iż prawdopodobnie jest on najczęściej fotografowanym młynem wodnym świata - stąd w internecie dostępne są setki jego fotografii. Linki do jego zdjęć pokazanych w internecie podałem w podpisie pod poniższym "Fot. #C1".
       Dzisiaj Wszewilki-Stawczyk wyglądają jakby wcale nie miały swojej przeszłości. A wiadomo, że "ten co nie ma przeszłości, nie ma też i przyszłości". Czy jednak jest tak faktycznie? Wszakże tak naprawdę to wioska ta posiada swoją przeszłość i to ogromnie budującą. Tyle, że trzeba aby publikacje takie jak niniejsza strona uswiadomiły wszystkim jej istnienie oraz niezwykłą wymowę moralną.

Fot. #C1

Fot. #C1: Tym z czytelników którzy są ciekawi jak wyglądał prastary młyn wodny z Wszewilek, powyższe zdjęcie daje dosyć dobre o tym pojęcie. Wprawdzie bowiem powyższy młyn wodny zbudowany został w Ameryce, jednak jego konstrukcja jest typowa dla europejskich młynów wodnych z okresu średniowiecza - w tym dla takich młynów z Milicza i okolic (z których to, niestety, milickich młynów wodnych żaden NIE przetrwał do dzisiaj). Proszę odnotować, że budynki takich średniowiecznych młynów były budowane z desek, podobnie zresztą jak większość pozamiejskich zabudowań z okresu średniowiecza - np. średniowieczny kościół w podmilickim Trzebicku z 1571 roku pokazany na zdjęciu "Fig. K1(b)" z mojej angielskojęzycznej monografii [1e]. Tyle, że deski te zawsze były przybijane do ścian w ustawieniu pionowym, a nie pozomym jak na powyższej miefachowej rekonstrukcji amerykańskiego młyna. Tylko bowiem pionowo przybijane deski gwarantowały ochronę wnętrza przed deszczem, nawet kiedy powierzchnia desek była pokrzywiona i nierówna - tj. taka jaka powstaje przy ręcznym piłowaniu desek średniowiecznymi narzędziami i metodami. Natomiast deski poprzybijane poziomo zabezpieczają przed deszczem tylko jeśli ich powierzchnia jest gładka i doskonale płaska - tj. taka jaką się dzisiaj otrzymuje po wykonaniu desek nowoczesnymi maszynami i metodami. W przeciwieństwie też do cegieł, rudy darniowej, gliny, lub innych materiałów budowlanych dostępnych w średniowieczu, deski były najbardziej odporne na powodzie - które w dawnych czasach okresowo trapiły doliny rzeczne w jakich młyny te były budowane. Typowo średniowieczne młyny stały przy zboczu wzgórza (na Wszewilkach usypanego ręcznie przez ludzi), na którym stał dom młynarza celowo wyniesiony do poziomu do którego NIE sięgały takie okresowe powodzie. Młyny te typowo były też dwupiętrowymi budynkami, ponieważ używana w nich zasada oddzielania czystej mąki od "otrębów" (tj. skórek ziaren zboża) wymagała aby produkty zmielenia ziarna wysypywane były w nich w dół z kilkumetrowej wysokości. Ponadto ich koła młyńskie typowo zalewane były wodą od góry, bowiem w najstarszych młynach napędu dostarczała im grawitacja i ciężar spływającej na owe koła wody. (Koła młyńskie z oddolnym zasilaniem w wodę, w których napędu dostarczało ciśnienie dynamiczne szybko płynącej wody, powszechnie zaczęto budować w Europie dopiero około 18 wieku. Młyn z takim oddolnie zasilanym kołem zaraz po wojnie ciągle stał w pobliżu zachodniej bramy Milicza, w miejscu gdzie Młynówka miała odgałęzienie wiodące do parku przy nowym pałacu milickiego Margrabiego.)
       Powyższe zdjęcie pokazuje jeden z dwóch najsłynniejszych prastarych młynów USA istniejących tam do dzisiaj (oczywiście po uprzednim odrestaurowaniu). Ciekawy "przypadek" który pozwolił mi wejść w posiadanie zdjęcia tego starego młyna, opisałem pod koniec punktu #C1 powyżej. Liczne zdjęcia i historię powyższego młyna można poznać w internecie, wpisując w wyszukiwarce słowa kluczowe Glade Creek Grist Mill, West Virginia. O fakcie zaś, że wszystkie młyny wodne z tamtego okresu były do siebie podobne, bo budowane na wzór typowych europejskich młynów wodnych (w tym więc i na wzór starego młyna wodnego z Wszewilek), ujawniają zarówno zdjęcia drugiego słynnego młyna wodnego USA zbudowanego w 1644 roku i zachowanego aż do dzisiaj, mianowicie zdjęcia młyna Grist Water Mill, Long Island, New York, jak i zdjęcia prastarych młynów wodnych przetrwałych w Polsce do dzisiaj.
       Powinienem tutaj dodać, że zgodnie z dawnymi wierzeniami, każdy prastary młyn był zamieszkiwany przez najróżniejsze stwory o nadprzyrodzonych mocach (licha, wodniki, rusałki, skrzaty, chochliki, itp.). Stąd w budynku, a także w miejscu istnienia, każdego takiego prastarego młyna, powtarzalnie straszyły ludzi zdarzenia o nadprzyrodzonym charakterze, sporo z których przewyższało swą grozą nawet zdarzenia jakie opisałem w punkcie #J1 strony malbork.htm. Stary młyn z Wszewilek też NIE był pod tym względem wyjątkiem. To z powodu tego straszenia budynki starych młynów popadały w ruinę natychmiast jak zaprzestawały one mielenia zboża. Nikt bowiem NIE chciał (ani NIE miał odwagi) przekształcać tych budynków na mieszkania i w nich zamieszkiwać.


#C2. Prastary cmentarz Wszewilek:

       W lesie, jakieś pół kilometra na północ od "Wszewilek-Stawczyka", znajduje się prastary cmentarz. Pokazany on został na zdjęciu "Fot. #C2a". W czasach mojej młodości często się na nim bawiliśmy z innymi kolegami. Pamiętam więc, że najstarsze groby jakich wówczas celowo poszukiwaliśmy przez czytanie dat na napisach z ich plyt, były datowane jeszcze w latach 1700-nych. (Ciekawe też, że duża część owych starych grobów posiadała polskie, znaczy słowiańskie, nazwiska.)
       Jednak ja jestem absolutnie pewny, że cmentarz ten jest nieporównanie starszy niż lata 1700-ne. Faktycznie to moim zdaniem był on już miejscem kultu i grzebania zmarłych jeszcze w czasach pogańskich. Kiedyś zresztą istniało ku temu sporo dowodów, np. prastare groby ciągle murowane z brył rudy darniowej. Jednym z dowodów na nietypowo stary wiek owego cmentarza jest prastary dąb jaki aż do początku lat 1990-tych rósł niemal w samym środku tego cmentarza. Dąb ten był tak ogromny, zaś zawarta w jego pniu dziupla tak obszerna, że na podstawie jego porównania z dębem "Pomnikiem Przyrody" rosnącym w Kadynach koło Elblaga przy Zalewie Wiślanym (patrz zdjęcie "Fot. #C2b"), oceniam wiek tego dębu z Wszewilek-Stawczyka na co najmniej 700 lat. (Moim zdaniem, w czasach mojej młodości był to najstarszy dąb w całej okolicy Milicza i faktycznie zasługiwał aby ogłosić go pomnikiem przyrody oraz otoczyć opieką.) Co jednak było najciekawsze o owym starym dębie z Wszewilek, to że rósł on "wszerz" a nie "wzwyz". Rozumiem przez to, że zamiast budować swoją wysokość, dąb ten budował grubość i zasięg swoich konarów rozchodzących się na boki. Z kolei doskonale jest wiadomo, że taki właśnie porost dębu oznacza iż w czasach swojej młodości i ukierunkowywania wzrostu był on jedynym drzewem rosnącym w tej części wszewilkowskiego lasu. To z kolei oznacza, że kiedy dąb ten został zasadzony co najmniej 700 lat temu, czyli w czasach przedśredniowiecznych, obszar owego cmentarza wszewilkowskiego już wówczas był czymś szczególnym. Wszakże będąc położonym w środku lasu, obszar ten pozbawiony był drzew - poza owym jednym dębem. Wiadomo zaś, że dla przedchrześcijańskich Słowian dąb był symbolem siły i długowieczności, zazwyczaj też domostwem dla boga "Pieruna" ("Pioruna") opisanego w punkcie #L2 poniżej, czyli "pogańskim świętym drzewem" o funkcjach podobnych do słynnych drzew "Datuk" z dzisiejszej Malezji. (Po szczegóły na temat swiętych drzew "Datuk" patrz opisy pod zdjęciem "Fot. #D1" ze strony internetowej malbork.htm, lub zdjęciem "Fot. #G9" ze strony internetowej ufo_pl.htm, albo też opisy z podrozdziału I6.1 z tomu 5 mojej najnowszej monografii [1/5]. ładowalnej nieodpłatnie za pośrednictwem niniejszej strony internetowej). Zresztą istnieją najróżniejsze przesłanki, że podobnie jak owe święte drzewa "Datuk" z Malezji, również ów "pogański święty dąb" z Wszewilek kiedyś posiadał nadprzyrodzone moce. Wszakże w czasach mojej młodości ów pradawny cmentarz na Wszewilkach słynny był w całej okolicy z najróżniejszych niewyjaśnionych i "nadprzyrodzonych" zdarzeń i zjawisk, jakie mogły wywodzić się właśnie z mocy owego dębu. Ponadto, na podstawie doświadczeń z czasów mojej własnej młodości, ja osobiście wierzę, że dąb ten posiadał zdolność do telepatycznego komunikowania się z ludźmi, tak jak to opisane zostało w podrozdziałach I5.4 i I3.3.1 w/w monografii [1/5]. Co jeszcze ciekawsze, to ów "pogański święty dąb" z pradawnego cmentarza we Wszewilkach rósł niemal precyzyjnie w samym centrum owego cmentarza, chociaż był od owego centrum przesunięty ku północy o mniej więcej jedną swoją średnicę. To zaś oznacza, że zapewne został on tam celowo zasadzony przez ludzi tuż obok pieńka jeszcze starszego dębu który najwidoczniej zajmował dokładnie centrum owego prastarego cmentarza. Czyli dąb jaki po 1991 roku załamał się ze starości po przeżyciu według mojej oceny jakieś 700 do 1000 lat, faktycznie zastępował jeszcze starszy dąb który rósł przed nim dokładnie w samym centrum owego cmentarza i który prawdopodobnie też załamał się ze starości po upływie jakichś 700 do 1000 lat. Jeśli przeprowadzić ową dedukcję jeszcze dalej, to także ów starszy dąb, zasadzony przez pogańskich Słowian co najmniej jakieś 1400 lat temu, wcale nie był pierwszym dębem rosnącym w owym miejscu. Wszakże logika stwierdza że aby zostać posadzonym dokładnie w centrum owego cmentarza, cały obszar tego cmentarza musiał być już wolny od drzew, tak aby wzrok sadzących mógł ogarnąć gdzie dokładnie owo centrum się znajduje. Z kolei aby usunąć drzewa z całego wzgórka tego cmentarza, miejscowi Słowianie musieli mieć już na nim jakiś naturalnie rosnący dąb któremu wówczas oddawali cześć. Tamten pierwszy, zapewne zupełnie przypadkowo rosnący na owym wzgórku dąb, też zapewne się zapadł ze starości po przeżyciu jakichś 700 do 1000 lat. Jeśli więc powyższa dedukcja jest prawdziwa, wszystko wskazuje na to że ten cmentarz we Wszewilkach zaczął być miejscem starego Słowiańskiego kultu i chowania zmarłych gdzieś pomiędzy 2100 a 3000 lat temu. Ponieważ jest to najbliższe i niemal jedyne takie miejsce leżące niedaleko byłego grodziska Milicza, można dedukowac że miejsce które dzisiaj nazywamy "cmentarzem poniemieckim we Wszewilkach", faktycznie jest miejscem prastarego kultu słowiańskiego dla Miliczan począwszy już od czasów pogańskich, gdy Europa ciągle należała do Cesarstwa Rzymskiego. Ja osobiście jestem przekonany, że owo unikalne miejsce poświęcone było kultowi słowiańskiego boga "Pieruna", wspominanego też w punkcie #L2 poniżej.
       Oczywiście, w tym miejscu ktoś mógłby zapytać, czy ów prastary dąb jaki rozpadł się po 1990 roku, jest jedynym dowodem wieku owego cmentarza. Odpowiedź jest "nie". Kiedyś istniały też tam inne dowody jakie ciągle pamiętam. Przykładowo, w czasach mojej młodości niedaleko od owego dębu istniało kilka bardzo staro i nietypowo wyglądających grobów wymurowanych z rudy darniowej, oraz pozbawionych płyt z napisami. Z kolei użycie rudy darniowej jako materiału do wymurowania owych nietypowych grobów oznaczało, że przetrwały one jeszcze z czasów kiedy koło Milicza nie było cegielni ani zakładów kamieniarskich, czyli z czasów przed 14 wiekiem. Podsumowując powyższe, wszystko wskazuje na to że prastary cmentarz Słowianski we Wszewilkach, niesłusznie nazywany "cmentarzem poniemieckim", jest prastarą "kapsułą czasu", która utrzymuje w swoim wnętrzu wiele historycznych skarbów ciągle odczekujących na swego odkrywcę.
       O znacznie starszym wieku tego cmentarza świadczy także bardzo stara droga jaka kiedyś wiodła prosto jak strzała od owego prastarego dębu ze środka cmentarza, aż do drzwi wejściowych byłego kościółka który istniał kiedyś przy ryneczku Wszewilek (kościółek ten opisany jest w punkcie #E1 tej strony). Aczkolwiek w chwili obecnej nie będzie zapewne ona już wyraźnie widoczna, droga ta kiedyś tam istniała. Jej pozostałości ciągle były dobrze widoczne w czasach mojej młodości. Rosło kiedyś przy niej kilka starych dębów. Gdyby pozwolono im przeżyć do chwili obecnej, miałyby one teraz co najmniej 300 lat. Jeden z dębów przy owej pradawnej drodze przetrwał do czasów mojej młodości (po reszcie już wówczas pozostały jedynie pieńki). Rósł on trochę przed krawędzią obecnego lasu, jedynie jakieś 40 metrów ku północy od byłych drzwi wejściowych do wszewilkowskiego kościoła pokazanych na zdjęciu "Fot. #D1" z punktu #F1 strony wszewilki_jutra.htm - o Wszewilkach naszego jutra (tj. na wschód od dzisiejszego basenu przeciwpożarowego zbudowanego na miejscu byłego domu wszewilkowskiego karczmarza) - być może nawet że dąb ten rośnie tam do dzisiaj. Jest bardzo intrygujące do jakich obrządków używana była owa pradawna droga. Jeśli bowiem była to droga cmentarna (tj. droga używana do transportowania nieboszczyków z kościoła wszewilkowskiego do cmentarza), wówczas wiek owych dębów by definitywnie oznaczał, że starosłowiański cmentarz Wszewilek był używany już znacznie wcześniej niż powszechnie się to uważa. Z ową starą drogą łączącą kościół we Wszewilkach z cmentarzem wiąże się też ciekawostka opowiadana przez starych miejscowych. Otóż podobno kilka metrów na wschód od tej drogi przebiegał pod ziemią niski tunel który łączył podziemia wszewilkowskiego koścółka z jednym z grobowców na wszewilkowskim cmentarzu. Tunel ten miał być tak niski że dało się nim przejść tylko na czworakach. Jego opis podany jest też w #C5 ze strony o kościele św. Andrzeja Boboli.

Fot. #C2a

Fot. #C2a: Prastary cmentarz Wszewilek-Stawczyka.
       Cmentarz ten posiada niezwykłą konfigurację. Cały ma on bowiem kształt jakby "grobu ludzkiego olbrzyma", tj. przyjmuje kształt wydłużonego i wysoce symetrycznego pagórka w kształcie jakby olbrzymiej wielkości starego grobu. Co niezwyklejsze, ten wysoce symetryczny i regularny pagórek otoczony jest zupełnie płaskim terenem. Nic dziwnego, że od najdawniejszych czasów musiał on zwracać uwagę miejscowych ludzi. Jest więc niemal absolutnie pewne że już w czasach pogańskich stanowił on miejsce pogańskiego kultu oraz pochowunku dawnych Słowian. O takiej właśnie funkcji "miejsca pogańskiego kultu" świadczy zresztą obecność w niemal jego geometrycznym centrum starego "świętego dębu", jaki w czasach pogańskich pełnił te same funkcje które dzisiaj pełnią kościoły i świątynie. Ponadto wiele innych cech tego cmentarza również dowodzi, że faktycznie jest on co najmniej tak stary jak Wszewilki-Stawczyk, czyli że dla miejscowych Słowian był on miejscem starożytnego kultu i cmentarzem na długo przed czasami chrześcijaństwa. Jako taki, cmentarz ten jest wiec zamkniętą "kapsułą czasu" ciągle czekającą na swoje otwarcie.
       Powyższe zdjęcie wykonano w lipcu 2004 roku z pobocza drogi która kiedyś wiodła z Pomorska i Stawca, a przedtem z Dziadkowa i Cieszkowa, przez Wszewilki-Stawczyk do starego młyna wodnego na Baryczy. Obiektyw aparatu skierowany był na północny-wschód. W miejscu ujętym na pierwszym planie, zaraz po wojnie ciągle stała stara murowana trupiarnia (obecnie rosną tam jedynie krzaki). Bardziej w głębi znajdował się odwieczny dąb z ogromną dziuplą w środku, jaki po 1990 roku albo sam zapadł się ze starości i własnego ciężaru, albo też został zniszczony uderzeniem pioruna. Niezwykłością tego dębu było, że musiał posiadać on jakieś zdolności telepatyczne, takie jakie mają słynne święte drzewa "Datuk" z Malezji (opisane w punkcie #C2 powyżej). Kiedy bowiem jako dzieci bawiliśmy się w jego konarach, zawsze sobie opowiadaliśmy, że w jego ogromnej dziupli zapełnionej próchnem ukryty jest skarb. Faktycznie też, kiedy po 1990 roku dąb ten zapadł się ze starości zaś cała jego dziupla została odsłonięta, jakiś przypadkowy przechodzień znalazł w nim bogaty skarb. (Szeptane rumory o owym skarbie są obecnie publiczną tajemnicą Wszewilek i okolicy.)
       Z czasów młodości pamiętam, że najstarsze groby owego cmentarza z ciągle zachowanymi płytami zawierającymi datę ich postawienia, pochodziły z lat 1700-nych. Niezależnie jednak od nich, istniały na nim też niedatowane groby wymurowane z wszewilkowskiej rudy darniowej, czyli jeszcze sprzed czasów kiedy w XIV wieku zaczęto w pobliskim Stawcu produkować cegły. Do jednego z tych grobów miał podobno wieść podziemny tunel z prastarego kościoła Wszewilek (tunel ten opisałem w punkcie #C5 swej strony o nazwie sw_andrzej_bobola.htm). Z kolei ostatni ludzie byli oficjalnie chowani na tym cmentarzu w 1945 roku.
* * *
       Na prawo od obszaru pokazanego na powyższym zdjęciu znajdował się kiedyś szereg grobów o jakich mówiono, że pochowywano w nich samobójców. (W dawnych czasach samobójców NIE wolno było grzebać razem z innymi ludźmi w głównej części cmentarza, jako że należeli oni do grupy osób łamiących nakazy i wolę Boga.) Z grobami owymi wiązała się opowieść, jaką w czasach mojej młodości przyporządkowywano temu właśnie cmentarzowi na Wszewilkach oraz tym właśnie grobom samobójców, jednak jaka jest doskonałą ilustracją "które" oraz "jak" stare opowieści opisywane na moich stronach internetowych szerzą się po całym świecie. Najpierw bowiem opowieść tę słyszałem z rodzinnej tradycji, iż zdarzyła się właśnie na jednym z grobów samobójców owego wszewilkowskiego cmentarza. Pokazywano mi nawet który to był grób oraz w którym domu mieszkał tragiczny bohater tej opowieści. Powieważ opowieść tę zarówno moja rodzina, jak i ja, często opowiadaliśmy innym osobom, w późniejszym wieku słyszałem ją powtórzoną mi aż kilkakrotnie, tyle że już NIE związaną z żadnym konkretnym cmentarzem ani miejscowością. W końcu w piątek, dnia 9 grudnia 2016 roku, tj. w ponad 12 lat po tym jak opowieść tę opublikowałem na niniejszej stronie oraz na jej angielskojęzycznym odpowiedniku (który to odpowiednik, podobnie jak szereg innych moich angielskojęzycznych stron internetowych, był czytany przez sporo moich znajomych z Malezji), jeden z moich nowozelandzkich znajomych malezyjskiego pochodzenia, który niedawno odwiedził Malezję, jako rodzaj sensacji opowiedział mi tę samą opowieść, iż jakoby niedawno zdarzyła się ona gdzieś w Malezji - tyle że płaszcz został w niej zastąpiony już przez koszulę (w tropikalnej Malezji jest wszakże zbyt gorąco aby ubierać płaszcz), zaś wbijany drewniany kołek był zastąpiony dużym gwoździem (wszakże w dzisiejszych czasach NIE tak łatwo o zdobycie drewna na zrobienie kołka). Wróćmy jednak do oryginalnej opowieści - tak jak według tradycji rodzinnej faktycznie zdarzyła się ona na cmentarzu we Wszewilkach. Otóż, według niej, jeszcze przed pierwszą wojną światową, we Wszewilkach miał mieszkać znany szeroko zabijaka i kazanowa. Był podobno okropnie silny i twierdził, że nie boi się niczego, nawet samego diabła. Podczas jednej z biesiad miał się założyć z koleżkami, że nie boi się pójść na ów cmentarz wszewilkowski w środku nocy. (Cmentarz ten szeroko był znany w przeszłości jako miejsce w którym "straszy" - co nie powinno dziwić. Wszakże jest on miejscem kultu i pochowunku ludzi jeszcze od pogańskich czasów. Ponadto rósł na nim ów prastary dąb o nadprzyrodzonych cechach, podobnych do cech malezyjskiego drzewa "Datuk", jedno z których to drzew, rosnących w okolicach miasta Ipoh, zasłynęło nawet z uśmiercania ludzi którzy usiłowali je wyciąć - tak jak zdarzenia te opisałem pod "Fot #D1" ze swej strony o nazwie malbork.htm.) Aby zaś udowodnić, że faktycznie poszedł on na ów cmetarz, koleżkowie dali mu oznaczony przez siebie kołek, aby wbił go na jednym z grobów. Po wybraniu się na ten cmentarz, ów zabijaka jednak nie wrócił. Natychmiast więc kiedy się rozwidniło, jego koleżki pobiegli na cmentarz. Znaleźli go martwego na grobie jednego z samobójców z samego skraju cmentarza. Jego wbity w ów grób kołek "przypadkowo" przypinał do tego grobu jego własny płaszcz. Potem śmierć owego odważnego zabijaki tłumaczono jako zawał serca następujący ze strachu. Kiedy bowiem wbił swój kołek i usiłował wstać aby wrócić do koleżków, coś go trzymało przy ziemi. Nie widząc w ciemności co to było, oraz obawiając się najgorszego, dostał zapewne zawału serca. Starsi ludzie kiedyś pokazywali na owym cmentarzu wszewilkowskim jego grób, który miał być pierwszym w rzędzie grobów samobójców - leżąc tuż przy grobie na jakim umarł. Morał jaki sobie wówczas powtarzano po zakończeniu owej opowieści, to że NIE ma odważnych ani silnych, kiedy przychodzi do praw tego drugiego świata. Chociaż bowiem ich działanie jest zakamuflowane i może być tłumaczone na wiele odmiennych sposobów (tak jak ową zdolność nadprzyrodzonych zjawisk do posiadania wielu wyjaśnień naraz, wyjaśniłem w punkcie #C2 swej strony tornado_pl.htm), w końcowym efekcie zawsze się jednak okazuje, że te prawa istnieją i nieodwołalnie działają. Biada więc temu, kto z nich usiłuje zakpić, lub je zlekceważy!

Fot. #C2b

Fot. #C2b: Prastary dąb z miejscowości Kadyny nad Zalewem Wiślanym (niedaleko Elbląga) .
       Dąb ten liczy co najmniej 700 lat, a najprawdopodobniej 1000 lat. Nazywa się on "Dąb im. Jana Bażyńskiego" i jest chroniony przez polskie prawo jako oficjalny Pomnik Przyrody. Ja pokazuję tutaj powyższy dąb ponieważ przekrój jego pnia jest zbliżony do przekroju pnia prastarego dębu z cmentarza we Wszewilkach (osądzając "na oko", dąb we Wszewilkach miał nawet większą średnicę niż powyższy dąb). Tyle że konary dębu we Wszewilkach rosły "wszerz", NIE miały bowiem innych drzew w swym sąsiedztwie. Natomiast konary powyższego dębu rosły "wzwyż" - rósł on bowiem pomiędzy wieloma innymi drzewami. Na przekór jednak, że dąb we Wszewilkach był podobnego wieku, tj. miał jakieś 700 do 1000 lat, oraz na przekór, że bez wątpliwości związany on był ze Słowiańskimi obrządkami na owym terenie, nikt nie zadbał aby ogłosić go pomnikiem przyrody, a po prostu pozwolono mu zmarnieć ze starości i z braku ludzkiej opieki. (Poziom ignoranckiej szkodliwości dawnych komunistycznych władz Milicza do dzisiaj NIE przestaje szokować - po więcej przykładów patrz punkt #E2 poniżej.)


Część #D: Pozostałości z przeszłości:

      

#D1. Wszewilkowski młyn wodny na Baryczy:

       Kiedy ukończone zostały prace przy budowie murowanego miasta Milicza, przestał być potrzebny budulec jaki liczni robotnicy pozyskiwali z okolic dzisiejszej "pierwszej tamy" na Baryczy (pokazanej na zdjęciu "Fot. #D1"). Nagle więc się okazało, że istnieje tam cała wioska pełna bezrobotnych parobków. (Wioska ta reprezentowała prapoczątki tego co dzisiaj stanowi Wszewilki-Stawczyk.) Aby więc jakoś podtrzymywać swoją przydatność dla Milicza, ludzie zamieszkujący ową wioskę zbudowali sobie pierwszy młyn wodny na rzece Baryczy. Młyn ten zlokalizowany był tylko jakieś 100 metrów w kierunku północnym od dzisiejszej tamy na Baryczy pokazanej na zdjęciu "Fot. #D1". Niezależnie od tego, że młyn ten zaczął dostarczać Miliczanom mąki, później zaś wyrosłe na jego mące wszewilkowskie piekarnie - również i chleba, przedsiębiorczy pierwsi mieszkańcy Wszewilek-Stawczyka wymyślili dla niego również jeszcze jedną funkcję. Mianowicie woda spiętrzana przed jego kołem napędowym kierowana była do odrębnego koryta, zaś po doprowadzeniu do Milicza uformowała fosę miejską - czyli dodatkowo broniła Milicza.
       W okresie poprzedzającym budowę tego młyna, a także zaraz po jego zbudowaniu, dzisiejsza wieś Wszewilki-Stawczyk rozlokowana była wyłącznie w jego pobliżu. Potem jednak się okazało, ze owo zlokalizowanie ma wady. Mianowicie obszar przy owym młynie wodnym często zalewany był wiosennymi powodziami. Z czasem przeniesiono więc centrum Wszewilek-Stawczyka na miejsce położone nieco wyżej, tj. do opisanego już wcześniej skrzyżowania drogi przebiegającej w kierunku północnym, a wiodącej do owego młyna, z drogą jaka przebiegała w kierunku zachód-wschód, a jaka wiodła z Milicza do Sulmierzyc. Przy owym skrzyżowaniu zbudowano centrum Wszewilek. Na centrum to składał się miniaturowy ryneczek owej wsi, przy którym później stanęła wszewilkowska karczma i zajazd, a jeszcze nieco później również wszewilkowski kościół z własnym cmentarzykiem, oraz szpichlerz i piekarnia. (Niestety, około 1875 roku, tak jak to opisałem w punkcie #C1 powyżej, przez miejsce gdzie ów ryneczek, karczma i kosciół kiedyś stały, przetaranowała się linia kolejowa. Z kolei samo owo centralne miejsce Wszewilek zamieniono wówczas w piaskownię z której pozyskiwano piasek i ziemię używane do budowy nasypów kolejowych.)
       Po przeniesieniu centrum Wszewilek-Stawczyka do obszaru położonego wyżej, przy młynie na Baryczy zamieszkiwali jedynie bezgruntowi parobkowie którzy bezpośrednio w nim pracowali. Lepianki tych parobków przetrwały aż do po około 1900-nego roku, kiedy to ów młyn w końcu upadł i został opuszczony. W czasach mojej młodości, tj. w latach 1950 do 1960, ciągle po lepiankach tych można było znaleźć dosyć dobrze widoczne tzw. "klepiska". Ja osobiście pamiętam istnienie i położenia około 5 takich ciągle relatywnie dobrze wówczas zachowanych klepisk. Dwa z nich znajdowały się tuż za mostkiem ceglanym przez niedawny rów odwadniający, który przebiegał wzdłuż krawędzi dawnej doliny Baryczy. Miejsca ich byłego położenia ciągle istnieją tam do dzisiaj, chociaż same owe klepiska zostały zniszczone około początka lat 1960-tych. Trzy dalsze takie dobrze zachowane "klepiska" z dawnych lepianek parobków owego starego młyna istniały przy drodze dojazdowej już w pobliżu samego młyna. W chwili obecnej ich byłe lokacje zalane są stawem rybnym zbudowanym tam około 1990 roku. Owe "klepiska" to po prostu równo uklepane podłogi dawnych lepianek. Były one klepane z gliny i piasku, czasami z dodatkiem wapna lub nawet cementu. Reszta zaś lepianek budowana była z materiałów ulegających zniszczeniu - zwykle z tyczek, trzciny i słomy, które oblepiane były gliną (dokładnie tak samo jak to wyjaśniam w punkcie #G2 dla unikalnego stylu architektonicznego Wszewilek), oraz potem "gacone" ubitą warstwa wysuszonych paproci leśnych. Po opuszczeniu lub zniszczeniu takich lepianek, cała ich górna część ulegała zgniciu i rozproszeniu. Jedyną więc relatywnie trwałą po nich pozostałością były owe równiutko ubite "klepiska" na ziemi. Kiedy jako nastolatek analizowałem te klepiska, zawsze zastanawiało mnie jak mało miejsca dawni ludzie potrzebowali na mieszkania. Klepiska te bowiem zwykle mialy jedynie wymiary około 2.5 metra na 2.5 metra. Czyli owe lepianki z trudem wystarczały do postawienia w nich jednego niewielkiego łóżka, małego stołu, oraz być może jakiegoś krzesła.
       Młyn wodny na Baryczy istniał i pracował przez niemal 1000 lat. Oczywiście, w międzyczasie co jakiś czas był przebudowywany, odbudowywany i ulepszany. Zboże było do niego zarówno spławiane wodą, jak i dowożone lądowo. Lądowo było ono dowożone aż dwoma drogami, mianowicie drogą od Wszewilek (tj. drogą która zaraz po wojnie nazywaną "drogą na tamę"), oraz jeszcze jedną drogą która dochodziła do niego od przeciwstawnej strony Baryczy (czyli od Duchowa, Sławoszewic i Milicza). Obie te drogi łączył razem most przez Barycz, który znajdował się tylko kilka metrów za kołem wodnym młyna. Dzięki owemu mostowi, tamta stara "droga na tamę" w dawnych czasach faktycznie była też jedną z dwóch głównych dróg wyjazdowych z Milicza ku północy Polski. Jednocześnie była ona też częścią właściwego "bursztynowego szlaku". Przez Wszewilki przetaczały się wówczas przeładowane karawany kupieckie zdążające z Milicza, poprzez wsie Wszewilki i Pomorsko, dalej do Cieszkowa, Zdun, Krotoszyna, w kierunku Gniezna i potem Gdańska. Z kolei jeszcze jedna droga wybiegająca z Milicza ku północy, przebiegała przez to co dzisiaj stanowi ulicę Krotoszyńską Milicza, jednak potem zdążała przez centrum wsi Stawiec, zaś dalej przez Rawicz do Poznania. (Dzisiejsza szosa z Milicza do Cieszkowa i potem do Krotoszyna, zbudowana została relatywnie późno, bowiem dopiero około lat 1930-tych.) Odcinek drogi który w owych dawnych czasach łączył Milicz ze starym młynem wodnym na Baryczy, używany jest do dzisiaj. Jest on ową drogą dojazdową z Milicza do tamy na Baryczy. Również i przy tej starej drodze zaraz po wojnie ciągle widniało kilka "klepisk" ze starych lepianek, a nawet zrujnowane fundamenty jednego większego budynku.
       Dopiero po 1900-nym roku we Wszewilkach pojawił się groźny konkurent dla starego młyna. Konkurent ten stanął bowiem tuż przy drodze wiodącej do starego młyna. Każdy więc kto zmierzał do starego młyna, zwykle dawał za wygraną i zatrzymywał się przy tym nowym. W rezultacie ten wszewilkowski nowoczesny konkurent spowodował stopniową utratę klientów przez stary młyn, potem zaś jego upadek ekonomiczny i popadnięcie w ruinę. Około 1950 roku po starym młynie pozostały więc jedynie pogniłe fragmenty, które dawały się tylko rozpoznać i zidentyfikować jeśli ktoś wiedział że poprzednio stał tam młyn wodny.
       Do jakiegoś 1800-nego roku ten stary młyn wodny na Baryczy był jedynym młynem w okolicach Milicza. Jego mąka karmiła więc nie tylko miasto Milicz, ale również wszystkie okoliczne wsie. Dopiero po tym jak w 1797 roku spłonął stary zamek warowny w Miliczu (po szczegóły patrz strona o mieście Miliczu) oraz zbudowany został nowy pałac margrabiego, fragment niepotrzebnej już wówczas obronnej fosy miejskiej przekierowano tak aby formowała ona ozdobną rzeczkę w przypałacowym parku. Podczas przekierowywania owej fosy, m.in. zbudowano na niej jeszcze jeden milicki młyn wodny. Stąd wszewilkowski młyn na Baryczy zaczął wówczas mieć swego pierwszego konkurenta w Miliczu i utracił swój wielowiekowy monopol dopiero począwszy od około 1800-nego roku. W jakiś czas później również kilka podmilickich wiosek zbudowało sobie wiatraki. Zaraz po wojnie wiatraki takie ciągle istniały, aczkolwiek już nie działały, w miejscowościach Duchowo i Stawiec. (Zaraz po drugiej wojnie światowej Stawiec ciągle miał aż dwa takie wiatraki, oba położone na szczycie wzgórza jakieś pół kilometra na północ od wszewilkowskich wodociągów pokazanych na zdjęciu "Fot. #D2a".)
       Wcale nie przez przypadek rudę darniową na budowę Milicza pozyskiwano z okolicy w jakiej umiejscowiony jest silny "czakram Ziemi". Nie przez przypadek również pierwszy prastary młyn milicki był postawiony dokładnie w miejscu w jakim czakram ten buchał swoją energia "chi". Dawni Słowianie byli ogromnie czuli na naturalne energie i doskonale zdawali sobie sprawę z wpływu jaki energie te wywierają na losy ludzi i miejscowości. (To być może dołożyło swój wkład do faktu, że Milicz zbudowany z brył rudy darniowej pozyskiwanej z okolic tego czakramu przetrwał w dobrym stanie do dzisiaj, podczas gdy obronny zamek Milicza zbudowany z cegły pozyskiwanej z innego miejsca, tj. dzisiejszego Stawca, był w międzyczasie wielokrotnie niszczony i palony.) Czytelnicy którzy zechcą dowiedzieć się więcej o energii "chi" mogą znaleźć jej naukowe opisy w początkowej części rozdziału H z tomu 4 mojej najnowszej monografii [1/5] dostępnej nieodpłatnie za pośrednictwem niniejszej strony internetowej. Z kolei naukowe wyjaśnienia czym właściwie jest "czakram", zaprezentowane zostały w podrozdziale I5.3 z tomu 5 mojej najnowszej monografii [1/5]. "Czakramy" są także skrótowo opisane na stronie internetowej o Koncepcie Dipolarnej Grawitacji.

Fot. #D1 (K1 w [10])

Fot. #D1 (K1 w [10]): Tama na Baryczy przy Wszewilkach. Od pierwszej poprzedniczki tej tamy, czyli od prastarego młyna wodnego Wszewilek, zaczęła się bogata historia tej wioski i jej gospodarczy związek z Miliczem.
       Zdjęcie z 2003 roku. To właśnie tylko około 100 metrów na północny zachód od pokazanej powyżej tamy, już ponad 2000 lat temu pasterze bydła z pobliskiego grodziska Milicza zaczęli budować pierwsze schroniska przed pogodą. Późniejsza ewolucja tych schronisk doprowadziła z czasem do powstania dzisiejszej wsi Wszewilki-Stawczyk. To także w pobliżu owej tamy mieści się potężny "czakram energetyczny" jaki rządzi losami miasta Milicza i jego okolicy. Czakram ów emituje tak silny podmuch naturalnej energii przez Chińczyków nazywanej "chi", że jej wpływ odczuwają nawet ci najbardziej znieczuleni i gróboskórni. (Aby odczuć energetyzujący i uspokajający przepływ tej naturalnej energii "chi", wystarczy na chwilkę przysiąść w pobliżu powyższej tamy, odłączyć swoje myśli od doznań wzbudzanych przez nasze zmysły, oraz skupić swoją uwagę na naszych doznaniach wewnętrznych - czyli jak to się nazywa "przestawić się na odbiór energii chi".) Przykładowo, właśnie z powodu silnego przepływu owej energii "chi", nawet w czasach mojej młodości, kiedy nikt jeszcze nie słyszał o takich rzeczach jak energia "chi", "feng shui", naturalne "czakramy" Ziemi, medytacje, itp., na powyższą tamę przybywało mnóstwo ludzi tylko po to aby - jak to wówczas nazywano, "uspokoić swoje nerwy" (dzisiaj nazywają to "medytowaniem", lub "nasycaniem ciała naturalną energią chi"). Z powodu takiego umiejscowienia przymilickiego czakramu Ziemi, cokolwiek dzieje się w okolicy tej tamy, jest to jednocześnie symboliczną reprezentacją tego co dotyka miasto Milicz i jego okolice. Ponieważ zaś przepływ energii w owym czakramie jest sterowany losami wsi Wszewilki-Stawczyk, która z niego historycznie się wywiodła, cokolwiek przytrafia się owej wsi, jest jednocześnie symboliczną reprezentacją tego co potem dotyka Milicz i cały obszar rozciągający się na dziesiątki kilometrów dookoła tego miasteczka. Powyższa tama położona jest też jedynie jakieś 100 metrów na południe od miejsca, w którym pomiędzy latami 900 a 1000 AD zbudowano pierwszy młyn wodny miasta Milicza. Młyn ten, a także osada robotników którzy go zbudowali i parobków którzy w nim pracowali, z czasem stworzył zaczątek miejskiej wsi milickiej obecnie znanej jako Wszewilki-Stawczyk. Z kolei mąka z owego młyna żywiła i wzmacniała mieszkańców Milicza oraz jego okolic przez niemal 1000 ostatnich lat.
       Pokazana tutaj tama zbudowana była przez polskich "Junaków" około 1950 roku. Czyli w chwili fotografowania miała ona już ponad 50 lat. Z uwagi na energetyczne znaczenie dla Milicza tego co wokoło owej tamy się dzieje, aktualny stan rzeczy na samej owej tamie, a także w jej okolicach, jest symbolicznym wyrażeniem stanu rzeczy w samym Miliczu i jego okolicach.
       Przed tamą pokazaną na powyższym zdjęciu, w tym samym miejscu istniała "stara" tama zbudowana przez Niemców wkrótce po 1900 roku. W chwili więc jej wymiany na tamę pokazaną na powyższym zdjęciu, tamta stara tama także miała około 50 lat. Jednak nawet tamta stara poniemiecka tama na Baryczy nie była pierwszą tamą stojąca w tym miejscu. Począwszy bowiem gdzieś pomiędzy około 900 a 1000 rokiem AD, jakieś 100 metrów na lewo od obiektywu aparatu wykonującego powyższe zdjęcie, zbudowany został pierwszy młyn wodny na Baryczy. W sensie administracyjnym przynależał on do wsi obecnie zwanej "Wszewilki-Stawczyk". Młyn ten faktycznie był pierwszą konstrukcją jaka spiętrzała wodę Baryczy do poziomu bliskiego temu jaki widzimy na powyższym zdjęciu jak spiętrzany jest przez obecną tamę. Faktycznie więc ów pierwszy młyn wodny Wszewilek-Stawczyka, był jednocześnie pierwszą tamą na Baryczy jaka stała zaledwie około 100 metrów na północ od tamy widniejącej na powyższym zdjęciu. Ponadto, młyn ten rozdzielał rzekę Barycz na dwa koryta i przekierowywał jej wodę w dwa strumienie. Jedno z owych koryt, tj. "niskie" - czyli to do którego woda spływała z koła młyńskiego, biegło ku Miliczowi mniej więcej wzdłuż przebiegu po jakim Barycz płynie i obecnie (aczkolwiek w znacznie bardziej zawiły i pokręcony sposób). Tamto "niskie" koryto wbiegało do dzisiejszego koryta Baryczy tylko jakieś 20 metrów z tyłu poza plecami wykonującego powyższe zdjęcie. Z kolei drugie "wysokie" koryto Baryczy, jakie odchodziło od stawu przed kołem wodnym owego starego młyna wszewilkowskiego, biegło pradawnym korytem Baryczy które obecnie w Miliczu znane jest pod nazwą "młynówki". Na powyższym zdjęciu owo drugie ("spiętrzone" albo "wysokie") koryto Baryczy przebiegało wzdłuż linii drzew widocznych za samochodem po prawej stronie zdjęcia, czyli faktycznie przecinało ono dokładnie prostopadle obecne koryto rzeki Barycz jakie widoczne jest na powyższym zdjęciu. (Widoczne tu, obecne koryto Baryczy, wykopane zostało sztucznie podczas regulacji Baryczy następującej już po roku 1900-nym.) Owo stare "wysokie" koryto Baryczy (tj. "młynówka") faktycznie dostarczało wody do fosy obronnej średniowiecznego miasta Milicza. Można więc śmiało stwierdzić, że młyn jaki przez niemal 1000 poprzednich lat stał zaledwie jakieś 100 metrów na północ (lewo) od miejsca pokazanego na powyższym zdjęciu, nie tylko żywił miasto Milicz, ale także bronił je przed wrogami. Od jego losów zależne więc były losy Milicza - co zresztą wynikało z jego położenia na czakramie energetycznym Milicza.
       Fragmenty omawianego tutaj starego młyna wodnego na Baryczy, ciągle istniały w pobliżu pokazanej powyżej tamy w czasach mojej młodości, tj. w latach 1950-tych do 1960-tych. Ciągle też istniały wówczas zdziczałe drzewa owocowe jakie rosły w pobliżu tego młyna. Dopiero około 1990-ego roku obszar owego młyna został włączony w nowo-formowany staw rybny oraz zalany wodą. Nawet jednak tuż przed zalaniem tego terenu, ciągle dobrze widoczna była droga dojazdowa do młyna, jaka prowadziła z Wszewilek. (Droga ta po wojnie niesłusznie nazywana była "drogą na tamę", chociaż w ostatnim swym fragmencie skręcała ona na wschód ku byłemu budynkowi owego młyna, w ten sposób oddalając się od tamy zamiast wieść ku niej.) Obecnie zapewne po młynie tym nie ostały się już żadne ślady - aczkolwiek muszę tutaj przyznać że podczas mojej ostatniej wizyty w Miliczu w lipcu 2004 roku nie byłem w owym miejscu - nie sprawdziłem więc jak sprawy tam stoją. Jedyne więc co ciągle po młynie tym być może wystaje ponad powierzchnię owego nowo-zbudowanego stawu rybnego, to wzgórze usypane sztucznie w widłach obu koryt Baryczy rozchodzących się od młyna. Na płaskim wierzchołku tego wzgórza stał kiedyś dom młynarza. (Dom ten umieszczony był na wzgórzu, aby chronić się przed wysokimi powodziami, które podczas niektórych wiosen zalewały dolinę Baryczy. Z kolei owo wzgórze mieściło się dokładnie w widłach na rozdrożu obu koryt Baryczy które kiedyś rozchodziły się w dwóch kierunkach od stawu spiętrzającego wodę dla owego młyna.)
* * *
Zauważ, że można zobaczyć powiększenie każdej fotografii z niniejszej strony internetowej. W tym celu wystarczy zwyczajnie kliknąć na tą fotografię. Ponadto większość tzw. browser'ów które obecnie są w użyciu, włączając w to populany "Internet Explorer", pozwala na załadowanie każdej ilustracji do swojego własnego komputera, gdzie można jej się do woli przyglądać, gdzie daje się ją zredukować lub powiększyć, a także gdzie ją można wydrukować za pomocą posiadanego przez siebie software graficznego.


#D2. Historyczne wodociągi z zachodniego pogranicza Wszewilek:

       Kolejnym wkładem Wszewilek do kultury, gospodarki oraz stylu życia swego regionu, były milickie wodociągi miejskie. Zlokalizowane one były na zachodnim pograniczu Wszewilek. Wodociągi te były bardzo stare - podobno zbudowano je jeszcze w 19 wieku. Zostały jednak porzucone w latach 1960-tych, kiedy to Milicz zafundował sobie nowe wodociągi. Jak niemal wszystko we Wszewilkach, dzisiaj zabudowania tych starych wodociągów stanowią symbol "niewykorzystanego potencjału" okolicznych ziem. Przykładowo, jak pokazane tutaj zdjęcie "Fot. #D2a" to ujawnia, ich były teren służy obecnie jako rodzaj nieoficjalnej zbiornicy złomu. Z kolei ich wieża ciśnień straszy przejezdnych pustymi oczodołami swoich okien i marnuje się bezużytecznie. Tymczasem z wieży tej rozciąga się widok na okolice który dosłownie zapiera dech w piersiach. Same zaś budynki owych wodociągów posiadają pierwszej klasy zlokalizowanie przy ruchliwej szosie przelotowej. Gdyby więc owe byłe wodociągi z obecnego nieoficjalnego składu złomu zamienić np. w przydrożny zajazd i restaurację, w której jadalnia znajdowałaby się na obrotowej platformie w owej byłej wieży ciśnień, ludzie ustawialiby się w kolejki aby móc tam coś zjeść i dać oczom wypocząć na tak wspaniałych widokach.
       Spożytkowanie pierwszoklasowej lokalizacji tych byłych wodociągów na np. restaurację, wcale nie jest jedynym sposobem na jaki mogą one być wykorzystane dla dobra ludzi. Przykładem innego atrakcyjnego ich zastosowania może być zamienienie ich np. w milickie "muzeum techniki". Wszakże częścią zwiedzania tego muzeum mogłoby być atrakcyjne wejście na byłą wieżę ciśnień. Taka atrakcja w Polsce bawi przecież wizytujących wieżę z katedry we Fromborku, zaś np. w Nowej Zelandii niemal każde miasteczko zaprasza przybyłych do wspinania się na ich wodociągowe wieże ciśnień. Aby wspinanie takie ułatwić, np. wieża prastarej katedry we Fromborku specjalnie podzielona została na cały szereg pięter. Na każdym z owych pięter wystawione zostały najróżniejsze eksponaty. Z kolei wieża ta jako całość użyta została do demonstrowania najróżniejszych zjawisk związanych z grawitacją, siłami Coriolisa (np. patrz punkt #F2 strony free_energy_pl.htm), itp. W rezultacie zwiedzający Frombork stoją w długich kolejkach aby móc do niej wejść i nacieszyć się widokami oraz wystawami jakie wieża ta oferuje. W podobny sposób, np. po oficjalnym oddaniu zabudowań owych wodociągów z Wszewilek na lokum pod muzeum Milicza, wieża owych wodociągów też może zostać podzielona na szereg pięter, z krótkimi schodami wiodącymi z piętra na piętro. Z kolei na każdym z pięter można zorganizować przestrzeń wystawową z lekkimi wagowo zaś ciekawymi zawartościowo eksponatami do oglądania. Niestety, znając małostkowość i krótkowzroczność ludzi którzy kiedyś rządzili (a być może rządzą i dzisiaj) Miliczem, NIE wierzę aby cokolwiek naprawdę postępowego i korzystnego dla wszystkich mieszkańców zarządzący tą mieściną kiedykolwiek zdobyli się na wprowadzenie tam w życie.
       Prawdziwym skarbem technicznym byłych wodociagów milickich były dwa ogromne silniki gazowe jakie napędzały równie ogromne pompy do pompowania wody. Ja mam nadzieję że silniki te przetrwały do dzisiaj w kupie złomu jaka otacza byłe wodociągi, oraz że kiedyś dadzą się one odrestaurować. Odwiedzając bowiem najróżniejsze muzea techniki na świecie odnotowałem, że nawet znacznie mniej "starożytne" oraz nieporównanie mniej ciekawe silniki spalinowe stanowią obecnie wysoce cenione "perły" techniki, z jakich posiadania owe muzea są ogromnie dumne - patrz zdjęcie "Fot. #D2b". Stare zaś silniki gazowe z milickich wodociągów we Wszewilkach były tak wspaniale skonstruowane, że w przypadku ich wystawienia w jakimś muzeum byłyby nieporównanie bardziej atrakcyjne od wszystkiego co oglądałem w muzeach techniki świata. Pamiętam bowiem do dzisiaj jakie piękno dawnych maszyn od nich promieniowało, oraz jak interesująco i poglądowo były one skonstruowane. Miały one tylko po jednym cylindrze. Posiadały zapłon z dużego odsłoniętego magneta z klinową krzywką zapłonową. Magneto to pozostawało cały czas dobrze widoczne, tak że obsługujący maszynista mógł obserwować jego pracę w kolejnych stadiach cyklu zapłonowego. Korbowód i wał korbowy tych silników były wyraźnie widoczne, bowiem pracowały w powietrzu zupełnie nieosłonięte - czyli inaczej niż to ma miejsce w dzisiejszych silnikach które są całkowicie zakryte i mają forme "czarnych skrzynek". Każdy z silników miał też ogromne koło zamachowe, skręcane śrubami z kilku oddzielnych segmentów. Były prawdziwymi arcydziełami dawnej techniki inżynierskiej. Zasilanie w paliwo (tj. w gaz miejski) następowało w nich poprzez unikalne kwadratowe worki z gumy, jakie pełniły funkcje dzisiejszych gaźników. Podczas ich działania worki te tętniły jak pracujące serca, tj. cyklicznie rozdmuchiwane były gazem, poczym gaz ten wsysany był z nich do cylindrów, zaś worki te się kurczyły. Faktycznie to działanie owych maszyn mi osobiście przypominało wypełnianie funkcji życiowych przez jakieś ogromne, tajemnicze, żywe stworzenie, a nie przez maszynę. Kiedykolwiek miałem okazję obserwować je podczas pracy, zawsze ogromnie mnie fascynowały. Na ich wyglądzie i podzespołach dzisiaj można więc by było uczyć młodą generację zasad działania silników spalinowych, oraz historycznej ewolucji ich podzespołów składowych. Jeśli ocalały do dzisiaj, moim osobistym zdaniem powinny być odrestaurowane i wystawione w milickim muzeum. Stanowią bowiem przecenne perły techniki.
* * *
       Mi osobiście stare wodociągi z Wszewilek uświadomiły jedną szokującą prawdę życiową, która z czasem weszła w skład postępowej i moralnej filozofii totalizmu. Prawda ta stwierdza, że "ci co pracują głośno i w sposób rzucający się w oczy faktycznie są niekompetentni, zaś wyniki ich działań są mizerne. Ludzie naprawdę wydajni i fachowi zawsze pracują cicho, niepozornie, oraz w sposób przez nikogo niemal nie odnotowany." Działanie tej prawdy moralnej odkryłem właśnie w wodociągach z Wszewilek, kiedy byłem jeszcze małym chłopcem. Mój ociec pracował wówczas w tych wodociągach jako mechanik obsługujący owe ogromne motory i pompy. A ich obsługa była trudna, bowiem jak wszystkie stare maszyny miały one swoje "dusze" i swoje zadziorne "osobowości". Przykładowo okazywały "humory", były bardzo "narowiste" i często poddawały się one "nastrojom". Trzeba było je znać doskonale aby móc je uruchomić i potem utrzymać w działaniu. (Mimo swego ogromu, silniki te uruchamiane były ręcznie korbami, tak jak pierwsze samochody. Ciekawe czy czytelnik wie, że nawet po drugiej wojnie światowej samochody ciągle zapalane były ręcznie poprzez zakręcenie korby rozruchowej która sprzęgana była z ich wałami korbowymi. Dzisiejsze rozruszniki weszły do powszechnego użycia dopiero w latach 1960-tych.)
       Otóż pewnej niedzieli ktoś szczególnie ważny w maleńkim Miliczu utknął wówczas w łazience pokryty mydłem. Woda bowiem na wieży omawianych tutaj wodociągów się skończyła, zaś oba motory z pompami właśnie stały. Ów ważny człowiek zadzwonił więc do szefa wodociągów, aby ten spowodował puszczenie więcej wody do miejskiej sieci. Ponieważ zaś był to ktoś bardzo ważny, ówczesny szef wodociągów wezwał natychmiast wszystkich mechaników mieszkających w pobliżu, aby uruchomili silniki i napompowali nowej wody do wieży ciśnień. Jednak oba stare i "narowiste" silniki wcale nie miały wówczas "nastroju" do pracy na rzecz owej "dużej ryby" z Milicza (była wszakże niedziela) i nie dały się zapalić. Po jakiejś godzinie bezowocnych prób ich zapalenia, w końcu posłano po mojego ojca do Wszewilek-Stawczyka. Ojciec wziął mnie ze sobą, bo była niedziela zaś on pojechał do wodociągów jedynie aby zapalić owe silniki. Kiedy weszliśmy z ojcem do hali wodociągów uderzyło mnie iż wokół jednej z maszyn biegała cała chmara krzykliwych ludzi, zaś hala wodociągów wygląda jak duża ruchliwa fabryka podczas masowej produkcji. (Typowo kiedy odwiedzałem ojca w czasie jego pracy, był on jedyną osobą w całych owych wodociągach.) Mój ojciec wszedł do środka niemal niedostrzeżony w panującym tam tumulcie. Podszedł do drugiego z motorów, wokół którego nikt właśnie nie biegał, położył jedną rękę na krzywce jego iskrownika zapłonu, drugą ręką z czuciem popchnął korbę rozruchową, zaś silnik zagadał. Cicho, spokojnie, bez wiatru. Rozkrzyczana chmara ludzi rzuciła się więc do obsługi motoru i pompy które właśnie zaczęły pracować. Wówczas mój ojciec równie skromnie i cicho poklepał cylinder drugiego motoru, coś tam przestawił w iskrowniku, popchnął korbę rozruchową i drugi motor także zagadał. Wszystko niepozornie, cicho, szybko i bez wiatru, aczkolwiek szokująco efektywnie. Ten niepozorny sposób pracy fachowców naprawdę efektywnych i wydajnych utknął mi na zawsze w pamięci. Teraz więc już wiem, że aby rozpoznać tego kto pracuje naprawdę wydajnie i czyj wkład naprawdę się liczy - chociaż zazwyczaj niemal go nie widać w tłumie, wcale nie należy poszukiwać po tym ile hałasu ten ktoś czyni czy ile wiatru wzbudza on swoim bieganiem. Raczej, zgodnie z tym co stwierdza biblia w Ewangelii wg św. Mateusza, 7:16 i 7:20, należy pamiętać że "po owocach go poznacie".
       Jednym z następstw opisywanego powyżej zdarzenia było, że szybko potem Milicz podjął budowę nowych wodociągów. Po ich zbudowaniu miejscowe "grube ryby" nie ryzykowały już utknięcia w łazienkach z oczami pokrytymi mydłem którego nie byłoby czym zmyć.

Fot. #D2a.

Fot. #D2a: Znak rozpoznawczy początka Wszewilek, czyli byłe milickie wodociągi miejskie straszące obecnie przejezdnych pustymi oczodołami swojej opuszczonej wieży ciśnień.
       (Zdjęcie wykonane w lipcu 2004 roku.) Wodociągi te umiejscowione zostały przy zachodnim skraju wsi Wszewilki. Były one napędzane dwoma ogromnymi i bardzo starymi silnikami gazowymi (tj. silnikami w których paliwem był gaz wytwarzany w milickiej gazowni). Woda w nich pompowana była na widoczną na powyższym zdjęciu architektonicznie bardzo elegancką wieżę, z której wyglądu byłoby dumne praktycznie każde miasto na świecie. Z wieży tej pod naturalnym ciśnieniem grawitacyjnym woda ta rozpływała się po całym Miliczu. Jednak około 1960 roku wodociągi te zastąpione zostały nowymi (pracującymi już bez wieży ciśnień). Zamiast jednak byłe budynki wodociągów przeznaczyć na coś pożytecznego, np. na milickie "muzeum starej techniki", ówczesne władze Milicza pozwoliły aby od owego czasu byłe zabudowania tych historycznych wodociągów po prostu niszczały.

Fot. #D2b.

Fot. #D2b: Mały stary silnik gazowy, który stanowi dumę muzeum miasta Invercargill w Nowej Zelandii.
       Sfotografowany w dniu 12 marca 2006 roku. Silnik ten jednak wygląda bardzo mizernie jeśli porównać go do dwóch wspaniałych, ogromnych, prastarych silników gazowych jakie kiedyś znajdowały się w wodociągach miejskich Milicza z początka wsi Wszewilki. Owe silniki gazowe z Wszewilek obecnie byłyby perłą i ozdobą najbardziej ekskluzywnych muzeów na świecie. Niestety, typowo po polsku, pozwolono im zmarnieć na deszczu i zerdzewieć do nicości. Budynki zaś starych wodociągów miejskich Milicza, w których one kiedyś stały, obecnie też się marnują i zwolna popadają w ruinę. Jednocześnie zaś aż się prosi aby Milicz zorganizował sobie gdzieś muzeum z prawdziwego zdarzenia.


#D3. Skarby Wszewilek:

       Wszewilki to ogromnie stara miejscowość. Praktycznie jest ona tak stara jak "szlak bursztynowy" który obok nich przebiegał. Z kolei w aż tak starych miejscach, zawsze istnieje sporo starych skarbów poukrywanych przy różnych okazjach. Część z owych skarbów już została odnaleziona - tak jak przykładowo ów skarb ze starego dęba na byłym Słowiańskim (poniemieckim) cmentarzu z Wszewilek, opisanym poprzednio w podpisie pod zdjęciem "Fot. #C2a". Inne skarby Wszewilek ciągle jednak odczekują na swoich odkrywców.
       Ostatnią okazją podczas której nastąpiło masowe ukrywanie skarbów w lasach i na polach otaczających Wszewilki, był koniec drugiej wojny światowej. Kiedy wojska radzieckie zbliżały się do Wszewilek, miejscowi rolnicy niemieccy nie chcieli pozostawić Rosjanom swojego co cenniejszego dobytku. Ukrywali więc najbardziej wartościowe przedmioty z owego dobytku poprzez jego masowe zakopywanie w lesie i po polach. Większość z zakopanych wówczas rzeczy zapewne ciągle tam zalega aż do dzisiaj, chociaż jakąś ich część co bardziej detektywistycznie nastawieni miejscowi zdołali odnaleźć i odkopać.
       Jednym z szerzej opowiadanych przypadków "znalezienia" takiego poniemieckiego "skarbu" o jakim słyszałem w czasach swojej młodości, był skarb z okolic Dziadkowa. (Dziadków to inna wieś położona relatywnie niedaleko od Wszewilek.) W jakiś czas po wojnie do jednego z miejscowych rolników przybyli tam "turyści" z Niemiec i upraszali się o pozwolenie zanocowania w gospodarstwie. W nocy jednak gospodarze odnotowali, że owi "turyści" coś manipulują przy starym (poniemieckim) drzewie owocowym w sadzie. Gospodarz "wyprosił" więc owych "turystów" ze swego domu, zaś po ich odejściu zciął on owo stare drzewo owocowe. Po jego rozłupaniu okazało się iż w miąszu drzewa zarosły był cały rulon złotych monet. Oczywiście w chwili obecnej moralna strona całego tego zdarzenia może i powinna być debatowana - wszakże owi niby turyści prawdopodobnie byli legalnymi właścicielami tamtego "skarbu" (chyba że wcześniej zrabowali go od kogoś innego). Jedynie więc przybyli aby sobie odebrać to co zapewne do nich należało. Jednak w czasach zaraz po wojnie, kiedy świeżo w pamięci ludzie mieli rozstrzeliwania, łapanki, oraz niemieckie obozy koncentracyjne, na owe sprawy patrzyło się zupełnie inaczej.
       Nawet jeszcze bardziej moralnie kwestionowalny był "skarb" z wszewilkowskiej leśniczówki. Zaraz po wojnie istniała stara leśniczówka zlokalizowana jakieś pół kilometra od wschodniej krawędzi Wszewilek-Stawczyka, przy starej (oryginalnej) piaszczystej drodze która kiedyś prowadziła z Wszewilek do Godnowa. W leśniczówce tej pozostała staruszka-autochtonka, która uważała się za Polkę, nie uciekła więc pod koniec wojny z innymi Niemcami w głąb Niemiec. Jednak krótko po wyzwoleniu, w okresie bezprawia jaki wówczas zapanował, została ona zamordowana przez bandę maruderów z rosyjskiej armii, zaś leśniczówka wraz z jej zwłokami została spalona. Jako młody chłopiec często przechodziłem przez ruiny owej leśniczówki w drodze na grzyby. Czasami bawiliśmy się tam też z kolegami. Jedyne co po leśniczówce owej wówczas ciągle pozostawało to kupa osmolonych gruzów, studnia, drzewa owocowe, oraz niezwykle dorodne lipy. Często zaglądaliśmy do tej studni i nawet pamiętam że z jej wody wystawała wówczas dosyć długa tyczka. Kiedy jako uczeń szkoły podstawowej brałem udział w "chodzeniu za stonką", nasza grupa zwykle odpoczywała w cieniu lip rosnących wokół owej spalonej leśniczówki. Podczas jednego z owych odpoczynków któryś ze starszych mieszkańców wioski opowiadał, że niedawno do jego domu przyszedł rosyjski "turysta" ubrany po cywilnemu. Za zapłatą poprosił aby rolnik ten zaprowadził go do tamtej leśniczówki, bo ów "turysta" zapomniał gdzie ona dokładnie się znajduje. Po dotarciu na miejsce, ów niby turysta poszedł wprost do owej studni i wyciągnął z niej tamtą długą tyczkę która wystawała z wody. Na końcu tyczki przywiązana była paczuszka którą ów niby turysta oderwał, poczym szybko zniknął w pobliskim lesie. Dopiero wówczas ów rolnik z Wszewilek się zorientował, że tamten Rosjanin musiał być uczestnikiem owej bandy maruderów która zamordowała staruszkę-autochtonkę i spaliła leśniczówkę z jej zwłokami. Z kolei "skarb" który przez wiele lat czekał w owej studni przywiązany do końca tyczki, zapewne był łupem który owa banda wymusiła od tamtej staruszki tuż przedtem zanim ją zamordowała. Jak powyższe wskazuje, zaraz po wojnie wcale nie było bezpieczne zamieszkiwanie w osamotnionych domach. (Moi rodzice również mieszkali w takim samotnym domu oddalonym od reszty wioski - stąd ich również zaatakowała banda rosyjskich maruderów, co opisałem w punkcie #J1 poniżej.)
       Jednym ze źródeł dzisiejszych skarbów Wszewilek były owe słynne targi i jarmarki jakie kiedyś odbywały się na miniaturowym ryneczku tej wsi. Na jarmarki te zjeżdżali się kupcy i handlarze z praktycznie całego obszaru dzisiejszej Polski, wschodnich Niemiec, Czech, a nawet z Białorusi. Przez okres targu czy jarmarku koczowali oni po obu poboczach drogi która kiedyś wiodła od owego ryneczku do starego młyna wodnego na Baryczy. Podczas owego koczowania, niektórzy z nich gubili monety. Wiele z owych prastarych monet ciągle zawartych jest w glebie pól otaczających ową drogę (m.in. w glebie pola mojego ojca). Pamiętam że podczas orki mój ojciec relatywnie często znajdował na swoim polu bardzo stare monety. Monety te, w nieświadomości ich historycznej wartości, ja potem handlowałem z kolegami za jakieś rupiecie, lub przegrywałem z nimi w różne gry. Niezależnie od pola mojego ojca, takie stare monety znajdowałem też po przeciwnej stronie owej prastarej drogi, w miejscu gdzie dzisiaj znajduje się boisko sportowe Wszewilek, a które dawniej także było obszarem koczowania owych jarmarcznych handlarzy.
       Wszewilki posiadały także dwa bardzo stare zabudowania, w okolicach których tradycyjnie należy spodziewać się ukrywania skrbów. Były to prastary młyn oraz równie stara karczma. W przypadku młyna folklor ludowy stwierdza, że jego właściciele byli ogromnie zamożni. Obawiając się jednak bandytów, posiadane oszczędności zakopywali w znanym sobie miejscu - zwykle niedaleko swego młyna. Założę się więc, że magnetyczne przeszukanie okolic owego młyna przyniosłoby interesujące rezultaty. Z kolei w przypadku karczmy folklor ludowy stwierdza, że co bardziej ostrożni podróżni zwykli raczej zakopywać przewożone kosztowności niedaleko od niej, niż ryzykować że po upiciu się stracą je dla jakiegoś miejscowego spryciaża. Dlatego w przypadku prastarej karczmy z Wszewilek, w jej bliskości również można się spodziewać interesujących wyników ewentualnych magnetycznych poszukiwań. Szczególnie że ciągle nieporuszona jest ziemia począwszy od placyku położonego za ową karczmą, na jakim kiedyś podróżni pozostawiali swoje wozy i konie, aż po całą północną drogę wlotową do Wszewilek, wiodącą z północy Polski, przez obecne Pomorsko, aż do zabudowań owej karczmy i dalej poprzez młyn wodny na Baryczy i most owego młyna, aż do bram Milicza.
       Folklor mówiony Milicza stwierdzał, że w czasach "bursztynowego szlaku" gęste lasy otaczające to miasto czasami dawały siedliska dla różnych bandytów. Zanim miejscowe władze zdołały się nimi uporać, bandyci ci zwykle zdążyli już zrabować szereg karawan kupieckich i przejezdnych podróżnych. Z kolei zdobycz z owych rabunków najczęściej ukrywali oni poprzez zakopywanie w co bardziej znaczących miejscach. Zapewne więc spora część owych skarbów pozostaje zakopana do dzisiaj. Na większość z nich składają się prawdopodobnie wyroby z bursztynu, których nie daje się wykryć indukcyjnymi detektorami metalu. Jak też opisałem we wstępie do strony o mieście Miliczu, faktycznie też ktoś z rodziny jednego z moich kolegów klasowych odkrył kiedyś taki starożytny bursztynowy skarb. Jestem jednak gotów się założyć, że w taki sam sposób w niezbyt dużej odległości od Milicza i Wszewilek ukrywane też były skarby składające się nie tylko z bursztynu, ale także z przedmiotów wykonanych z najróżniejszych metali.
       Ponieważ Wszewilki położone są tak blisko Milicza, wszystkie skarby jakie opisałem w punkcie #C30 odrębnej strony o mieście Miliczu, faktycznie znajdują się również w pobliżu Wszewilek.


Część #E: Materiał dowodowy na dziwne przesladowania Wszewilek w przeszłości:

      

#E1. Spisek przeciwko Wszewilkom:

       Aczkolwiek narazie może być to trudne do zrozumienia i zaakceptowania, wygląda na to, że istnieje rodzaj szatańskiego spisku przeciwko Wszewilkom. Spisek ten realizuje ta sama mroczna moc, która nieustannie sabotażuje niniejsze strony internetowe o Wszewilkach oraz stara się powstrzymać ludzi przed czytaniem owych stron poprzez wywijanie najróżniejszych "tricków". Owa mroczna moc najwyraźniej stara się zniszczyć wszelkie źródła informacji na temat ogromnie budującej moralnie historii i przeszłości Wszewilek. Niezwykłym jest przy tym, że owymi szatańskimi istotami prześladującymi nikomu nic nie winną wieś Wszewilki, są te same istoty które w średniowieczu nazywane były "diabłami", zaś w dzisiejszych czasach nazywane są "UFOnautami". Osobiście zachodzę w głowę i nie mogę zrozumieć, dlaczego i w jaki sposób wieś Wszewilki podpadła UFOnautom.
       Jeśli przeanalizować historyczne losy Wszewilek, wówczas rzuca się w oczy bardzo wyraźny wzór jaki zdaje się prześladować ową wioskę. Generalnie rzecz biorąc, wzór ten polega na tym, że w wyniku najróżniejszych niby "losowych zdarzeń" systematycznie niszczone są wszystkie źródła informacji na temat budującej moralnie przeszłości Wszewilek. Z kolei, jak to opisałem w rozdziale VB z tomu 17 starszej monografii [1/4], taki właśnie wzór czyichś prześladowań jest charakterystyczny dla "podpadnięcia" UFOnautom którzy dramatycznie górują nad ludźmi techniką i inteligencją. Przykładowo, moim zdaniem wcale nie jest przypadkiem, że mały ryneczek który kiedyś istniał w samym centrum historycznych Wszewilek, został kiedyś wymazany z mapy tratującą wszystko linią kolejową. Jeśli bowiem przeanalizuje się na mapie przebieg owej linii kolejowej, ktoś celowo tak go zdeformował, aby kolej przetaranowała się właśnie przez ten ryneczek dawnych Wszewilek i zburzyła pradawny katolicki kościółek wraz z innymi budynkami które tam stały. Gdyby też nie to celowe wymuszenie odchylenia prostego przebiegu linii kolejowej, linia ta faktycznie przeszłaby poza Wszewilkami, jakieś pół kilometra na wschód od owej wioski. To z kolei miałoby takie następstwo, że do dzisiaj przetrwałby historyczny ryneczek Wszewilek z pradawnym katolickim kościołkiem i innymi budynkami publicznymi tej wioski, zbudowanymi z bloków tej samej rudy darniowej z której kiedyś wzniesione były mury obronne i pierwsze kościoły Milicza. Ktoś jednak się uparł, aby z premedytacją poprowadzić kolej właśnie przez samo centrum tej wioski, w ten sposób niszcząc historyczne korzenie Wszewilek. Moim zdaniem wcale nie jest też przypadkiem, że obszar czakramu energetycznego przy starym młynie wodnym na Baryczy, w którym dzisiejsze Wszewilki kiedyś się narodziły, obecnie jest zalany wodą. Nie będę już rozpaczał o stanie miejsca dawnego kultu słowiańskiego (tj. o wszewilkowskim dawnym cmentarzu), będacym obecnie rodzajem "tabu" dla potomków tych samych Słowian którzy w miejscu tym kiedyś realizowali swoje pogańskie rytuały. Moim osobistym zdaniem, na przekór że w niszczeniu źródeł informacji na temat historii Wszewilek pozornie zdaje się brać udział wyłącznie szereg "zbiegów okoliczności", faktycznie istnieje wysoka regularność w owych niby zbiegach. Regularność ta sugeruje, że tak naprawdę to jakaś szatańska siła projektuje co i jak ma się przytrafić aby systematycznie wyniszczać ślady historii Wszewilek, a jedynie potem niszczenia tego dokonuje ona w taki sposób, aby wygladało to na "przypadkowe zbiegi niekorzystnych okoliczności".
       Niezwykłością wsi Wszewilki jest, że przez szereg dziwnych "zbiegów okoliczności" udało się dla nich zidentyfikować i opisać dowody, że UFOnauci nieustannie niszczą wiedzę na temat historii tej wioski. Co ciekawsze, ciągle nawet obecnie czytelnik jest w stanie osobiście zweryfikować te dowody, bowiem do dzisiaj pozostają po nich doskonale widoczne ślady. Czytelnik może więc na mapie odnotować złośliwie wypaczony przebieg linii kolejowej która stratowała miniaturowy ryneczek Wszewilek, może pojechać na miejsce i na własne oczy zobaczyć doły wykopane w miejscach gdzie kiedyś stał kościół, karczma, oraz inne budynki publiczne z ryneczka Wszewilek, może porozmawiać ze starszymi miejscowymi, którzy ciągle będą zapewne pamiętali pozostałości dawnego młyna wodnego przy Baryczy (tj. pozostałości obu rozgałęziających się od młyna starych kanałów Baryczy: wysokiego i niskiego, resztek koła wodnego i zastaw, wzgórza na którym kiedyś stał dom młynarza, oraz drzewek owocowych które kiedyś rosły wokół młyna), może sprawdzić przebiegi dawnych dróg przez tą wioskę zanim nowo-wytyczone drogi zniszczyły jej oryginalną zabudowę, itd., itp. (Faktycznie, to na stronie internetowej "Wszewilki-2006" opisany jest sposób (i okazja) na jaki można sobie dokłądnie pooglądać na własne oczy owe poniszczone budynki publiczne Wszewilek oraz wymazaną z pamięci ludzkiej historię owej wioski.) Z kolei poprzez uświadomienie sobie szatańskiego procesu ukrywania przeszłości, który UFOnauci zrealizowali na Wszewilkach, czytelnik zacznie mieć rozeznanie jakiego rodzaju proces ukrywania historii ludzkości jest bez przerwy prowadzony na Ziemi przez tych zawziętych wrogów ludzkości. To z kolei pozwoli mu zrozumieć, jak niewiele ludzkość faktycznie wie na temat swojej prawdziwej historii, na temat pochodzenia i znaczenia np. piramid oraz innych prastarych budowli badanych i opisywanych m.in. przez Ericha von Däniken, na temat dziwnych śladów które ciągle do dzisiaj pozostały po poprzedniej cywilizacji technicznej na Ziemi zniszczonej dokumentnie przez UFOnautów około 12.5 tysięcy lat temu, na temat Atlantydy, na temat faktycznego pochodzenia człowieka, itp., itd.
       Istnieje cały szereg faktów jakie potwierdzają, że wieś Wszewilki podpadła jakoś UFOnautom, oraz że owi UFOnauci swoimi przebieglymi manipulacjami niszczą źródła informacji na temat przeszłości Wszewilek. Oto najważniejsze z owych faktów:
       1. Nieustanne indukowanie we Wszewilkach zdarzeń jakie niszczą źródła informacji na temat pokojowej, wolnej, konstruktywnej i moralnej przeszłości tej wioski. Przykładami takich zdarzeń są: (a) opisywane już poprzednio takie zaprojektowanie przebiegu kolei żelaznej, aby kolej ta przetaranowała się przez historyczny ryneczek z centrum dawnych Wszewilek, (b) zburzenie i dokumentne usunięcie (wraz z fundamentami i piwnicami) historycznego kościółka katolickiego oraz starej karczmy, które kiedyś stały na obrzeżach owego starego ryneczka Wszewilek, (c) wytyczenie po 1875 roku nowego przebiegu głównej drogi przez tą wieś, co wymusiło stopniowe wyniszczenie wszystkich starych zabudowań które kiedyś istniały wzdłuż starej drogi głównej, (d) zbudowanie stawu rybnego około 1990 roku, który zalał miejsca w jakich Wszewilki oryginalnie się narodziły oraz zalał pozostałości po prastarym i historycznie pierwszym młynie wodnym na Baryczy przy Wszewilkach, (e) zdewastowanie starego cmentarza po-słowiańskiego we Wszewilkach.
       Jak złośliwie została zaprojektowana linia kolejowa taranująca miniaturowy ryneczek Wszewilek, zobaczyć to można na mapie dostępnej poprzez stronę internetową www.milicz.pl/turystyka/mapa/ (po kliknięciu na link wywołujący tą stronę należy wybrać tam miejscowość Wszewilki z okienka "Mapa" - a dopiero wówczas pokaże się mapa okolic Wszewilek). Na mapie tej widoczny jest złośliwie zagięty przebieg linii kolejowej, która w 1875 roku została poprowadzona celowo w taki sposób aby staranowała ona miniaturowy ryneczek Wszewilek. Potrzeba było sporo szatańskiej złośliwości aby zupełnie bez powodów zniszczyć całe historyczne centrum tej wsi. W jakieś 120 lat później, czyli około roku 1990, przy Wszewilkach uformowano ogromne stawy które zniszczyły ostatni obiekt z przeszłości Wszewilek, czyli pozostałości ponad 1000-letniego młyna wodnego na Baryczy. (A przecież na fundamentach tego młyna wyrosła właśnie historyczna wieś Wszewilki.) W ten sposób dokumentnie wydeletowana została cała wiedza na temat wysoce moralnej przeszłości Wszewilek, która wyjaśniała niezwykłość karmy zgromadzonej przez tą unikalną miejscowość.
       2. Wybiorcze spowodowanie raptownych śmierci praktycznie wszystkich autochtonów którzy po wojnie pozostali we Wszewilkach i którzy mogli przekazać innym wiedzę na temat historii tej wioski. Owi "autochtoni" to Polacy, którzy mieszkali w Niemczech aż do zakończenia drugiej wojny, oraz którzy nie uciekli w głąb Niemiec przed nacierającą armią radziecką pod koniec wojny. Pierwsza z tych autochtonów, kobieta mieszkająca mniej-więcej w środku długości Wszewilek, została zastrzelona przez Rosjan już w dniu "bitwy o Milicz" podczas wyzwalania tego miasta. Kolejnych czterech z nich zostało zamordowanych w swoich domach zaś ich zwłoki zostały spalone razem z ich domami w czasach chaosu i bezprawia które zapanowały zaraz po wyzwoleniu. Ostatni, szósty z wszewilkowskich autochtonów, niejaki Waloha (którego ja pamiętam do dzisiaj), w jakis czas po wyzwoleniu niespodziewanie "skręcił sobie kark" jadąc na rowerze po głównej i już wówczas wyasfaltowanej (a stąd równiutkiej jak stół) szosie przebiegajacej koło Stawca. Wypadki drogowe się zdarzają i zapewne nie byłoby i w tym wypadku nic podejrzanego, gdyby nie miejsce w jakim się on przytrafił. Oglądałem kiedyś to miejsce i zaskoczyło mnie że biedny Waloha jakoby "skręcił sobie kark" zjeżdzając z pobocza szosy które wznosiło się jedynie na około jeden metr ponad poziomem otaczającego pola. Ja zaś pamiętam jak przekoziołkowałem się wraz z rowerem z nasypu kolejowego przy moście na Baryczy (niemal 10 metrów wysokości) i jedynie trochę się podrapałem.
       3. Zniszczenie archiwów Wszewilek. Wszystkie archiwa pisane na temat Wszewilek uległy zniszczeniu w trakcie wyzwalania. Ciekawe jednak, że oprócz owych archiwow praktycznie niemal nic innego nie zostało zniszczone.
       4. Psychoza dewastowania wszystkiego co ma wartość historyczną. W swoich zamorskich wędrówkach nie spotkałem dotąd żadnego innego miejsca na świecie, w którym niszczenie wszystkiego co ma wartość historyczną dokonywane byłoby z równym entuzjazmem jak to czynione jest na Wszewilkach i w Miliczu. Faktycznie to inne miejscowości na świecie otaczają swoje zabytki i antyki ogromną pieczołowitością. Przykładowo w Nowej Zelandii nawet bardzo małe miejscowości (poniżej 1000 mieszkanców, czyli o wielkości dzisiejszych Wszewilek) też posiadają swoje własne muzea, czasami wyposażone równie bogato w eksponaty, jak muzea w Warszawie czy Wrocławiu. Każdy też budynek o wieku powyżej 100 lat staje się tam historycznym zabytkiem i chroniony jest prawem. (Oczywiście Wszewilki nie tylko że nie posiadają własnego muzeum, ale wręcz uważałyby pomysł jego posiadania za niemal wariacki. Każdy też co starszy budynek jest w nich systematycznie niszczony. Z kolei Milicz, na przekór swoich około 30 000 mieszkańców, jak dotąd zdołał się zdobyć jedynie na ubogą "Izbę Regionalną" która praktycznie nie posiada niemal żadnych historycznych eksponatów, poza szeregiem papierowych plansz.) Jedynie na niniejszej stronie internetowej, oraz na stronie internetowej o Miliczu, opisane jest jak we Wszewilkach i Miliczu już po drugiej wojnie światowej zdewastowane zostały celowo, lub nic nie uczyniono aby powstrzymać ich zniszczenie, następujące zabytki o ogromnej wartości historycznej: (1) stary prasłowiański dąb we Wszewilkach - zasługujący wiekiem i znaczeniem aby stał się pomnikiem przyrody, (2) stary cmentarz po-Słowiański z Wszewilek, (3) resztki historycznie ogromnie zabytkowego młyna wodnego liczącego około 1000 lat, a znajdującego się w pobliżu obecnej tamy na Baryczy, (4) klepiska ze starych lepianek istniejących kiedyś wzdluż drogi do młyna wodnego na Baryczy, (5) prastare zabudowania gospodarcze istniejące na Wszewilkach w miejscowym stylu który najprawdopodobniej dostarczył inspiracji do światowego stylu architektonicznego nazywanego obecnie "tudor" (po polsku "mur pruski"), (6) zabytkowe wiatraki w Stawcu i Duchowie (istniejące do około 1960 roku), (7) bramę wjazdową do pałacu margrabiego, która to brama zawierala w sobie budulec z resztek milickich murow obronnych, (8) "anielski kamień" spod kościoła Św. Anny, który posiadał ogromną wartość zabytkową i folklorystyczną, (9) co najmniej średniowieczne (jeśli nie starsze) groby wymurowane z rudy darniowej odkryte przypadkowo przy kościele Św. Andrzeja Boboli w Miliczu, (10) grobowiec margrabiego koło pałacu w Miliczu, (11) stare grobowce przy kościele w Trzebicku, (12) podziemne tunele pod Miliczem, (13) stare wodociągi milickie wraz z ich historycznymi silnikami gazowymi i pompami, (14) bogato zaopatrzone w eksponaty niewielkie muzeum w szkole podstawowej nr 1 w Miliczu, oraz kilka innych. A wykaz ten zawiera jedynie te zabytki i antyki o jakich jest mi wiadomym aż w dalekiej Nowej Zelandii. Ile zaś dalszych zabytków i antyków zostało zniszczonych we Wszewilkach i Miliczu w taki sposób że ja o tym się nie dowiedziałem. Moim osobistym zdaniem, taka psychoza niszczenia nie jest zachowaniem normalnym, a musiała zostać na mieszkanców Milicza i Wszewilek narzucona metodami sugestii po-hipnotycznych i telepatycznych. Wszakże każdy mieszkaniec Milicza i Wszewilek jest systematycznie uprowadzany do UFO - co można łatwo sprawdzić, ponieważ każdy z nich posiada na nodze ową szczególną bliznę powstająca po wprowadzeniu do kości piszczelowej ich nogi implantu identyfikacyjnego opisanego w podrozdziale U3.1 z tomu 16 mojej najnowszej monografii [1/5]. (fotografia owej unikalnej blizny pokazana jest na pierwszym zdjęciu ze strony internetowej ufo_pl.htm). Jest więc niemal pewnym, że podczas owych uprowadzeń UFOnauci programują hipnotycznie mieszkańców Milicza i Wszewilek w rodzaj jakiegoś silnego obrzydzenia i awersji do wszystkiego co stare i historyczne. (Owo zaprogramowanie można zresztą sprawdzić i potwierdzić poprzez przebadanie reakcji mieszkanców Milicza i Wszewilek na widok antyków i starych budynków.)
       6. "Królewicz i żebrak" - czyli szokująca nierówność w potraktowaniu dwóch części historycznie tej samej wioski. Jeszcze jednym faktem dowodzącym nieustającego do dzisiaj skrytego prześladowania Wszewilek-Stawczyka, jest ogromna nierówność i niesprawiedliwość z jakimi traktowane są do dzisiaj dwie części kiedyś stanowiące jedną i tą samą wioskę. Części te to obecne Wszewilki, oraz obecne Wszewilki-Stawczyk. Kiedyś były one jedną wioskę. Dopiero zbudowanie linii kolejowej i zniszczenie historycznego ryneczka Wszewilek rozdzieliło je na dwie wioski. Nierówność tego potraktowania sama rzuca się w oczy jeśli ktoś przejdzie się po owych wioskach. Idąc przez Wszewilki, czyli przez bliższą do Milicza z tych dwóch wiosek, w oczy się rzuca doskonała droga bita, obecność chodnika, wodociągów, kanalizacji, uporządkowanych poboczy drogi, wyraźnych oznakowań, itd., itp. Znaczy Wszewilki do dzisiaj traktowane są jak "królewicz". Idąc jednak nieco dalej, wchodzi się do Wszewilek-Stawczyka, które są właśnie ową historycznie prześladowaną częścią, czyli tą w jakiej narodził się totalizm. Tutaj nagle wszystko drastycznie się zmienia. Chodnik zanika, trzy główne drogi przy których mieszczą się zabudowania Wszewilek-Stawczyka ciągle pozostają piaszczyste i bez chodnika, wszędzie pełno dołów pozarastanych krzakami, nie widać wodociągów, oznaczenia stają się nieczytelne i zaniedbane, itd., itp. Jednym słowem ta część historycznej wioski potrakowana jest jak "żebrak". A jedynym jej "przestępstwem" jest, że niechcąco podpadła ona w czymś wszechmocnym UFOnautom okupującym Ziemię!
       7. Blokada wyborcza kandydata który wnosił potencjał poprawy aktualnej sytuacji Wszewilek. W niedzielę dnia 12 listopada 2006 roku odbyły się w Polsce wybory samorządowe. Okazało się wówczas, że jedynym miejscem w całej Polsce, gdzie "zupełnie przypadkowo" lokalne diabły zamieszały swymi ogonami, był Milicz. A Wszewilki administracyjnie podlegają właśnie pod gminę w Miliczu. Przykładowo, w dniu wyborów karty do głosowania okazały się błędnie zadrukowane. Co nawet wymowniejsze, okazało się też że kandydat pominięty na owych kartach nosi właśnie to samo nazwisko na brzmienie którego UFOnauci odgryzają sobie ogony z wściekłości. Z uwagi na tradycje które ów kandydat reprezentował, z całą pewnością - gdyby tylko został wybrany, dotychczasowy ciąg prześladowań i złego traktowania Wszewilek zostałby przez niego przerwany. Owe szatańskie moce które jak widać do dzisiaj prześladują Wszewilki, upewniły się więc aby kandydat ten nie otrzymał szansy zostania wybranym.
* * *
       Jak dotychczas nie spotkałem nigdzie na świecie żadnej innej wioski której historię ktoś by niszczył i prześladował równie długo oraz z równą zaciekłością, uporem i zmyślnością, jak UFOnauci prześladują źródła informacji o przeszłości Wszewilek-Stawczyka, a także rozwój i postęp tej wioski. Ponieważ ci kosmiczni oprawcy nie dokonywaliby nieustannie przez ponad 120 lat aktów zniszczenia na wiosce, która nie miałaby odegrać jakiejś ogromnie istotnej historycznej roli, jest oczywistym że Wszewilki w jakiś sposób wejdą za skórę UFOnautom. To zaś natychmiast indukuje zapytanie, co aż tak ważnego ma stać się we Wszewilkach, że UFOnauci tak panicznie tego się boją i że tak usilnie starają się pozbawić tego historycznych i moralnych fundamentów. Od czasu rozpoczęcie owego "spisku UFOnautów przeciwko Wszewilkom" około 1875 roku, praktycznie nic historycznie istotnego w wiosce tej się nie zdarzyło. Najwyraźniej więc wszystko ma się przydarzyć dopiero w przyszłości. Co więc to ma być? Ja osobiście wierzę, że jakoś to będzie związane z moralną i pokojową karmą Wszewilek. Wszewilki są jedną z niewielu wiosek która była wolna praktycznie przez wszystkie wieki, która karmiła, budowała i broniła, która inspirowała innych, oraz która stanowiła ostoję dobra i moralności. Jast więc niemal pewnym, że to właśnie owa moralna, budująca i inspirująca karma owej wioski wygeneruje coś zupełnie nowego, na czym ludzie kiedyś będą koncentrowali swoje myśli i uczucia. Czy już obecnie istnieją jakieś zapowiedzi co takiego ma to być? Okazuje się że tak. Wszakże to Wszewilki są miejscem narodzin rewolucyjnej filozofii która obecnie zdobywa świat szturmem. Filozofia ta nazywana jest totalizm moralny. Czyżby więc UFOnauci spiskowali przeciwko Wszewilkom tylko dlatego, że nie chcieli aby przyszłe generacje ludzi się dowiedziały jaka dokładnie karma z jakiej dokładnie wioski na Ziemi spowodowała narodzenie się tej moralnej i budującej filozofii?

Fot. #E1

Fot. #E1 (K3 w [10]): Wszewilki pod Miliczem.
       Zdjęcie z lipca 2004 roku. Wieś ta ujęta jest tutaj ku wschodowi, wzdłuż swojej "nowej" drogi, od miejscowej szkoły w kierunku na Stawczyk. Ten najwyższy budynek widoczny jakby na wylocie pokazanej tu drogi, to były młyn elektryczny Wszewilek. Z kilkoma krótkimi przerwami był on używany do około 1980 roku. Potem został zdewastowany. Obecnie zapewne niewiele już pozostało z jego oryginalnego wyposażenia. Stąd, podobnie jak ze starych wodociągów kiedyś zlokalizowanych na przeciwstawnym pograniczu Wszewilek, zapewne również i z tego młyna nie da się już nic uratować dla ewentualnego milickiego muzeum techniki. Młyn ten w przeszłości stał się powodem upadku i popadniecia w ruinę starego młyna wodnego Wszewilek operującego kiedyś niedaleko obecnej tamy na Baryczy. Zaoferowanie bowiem tego nowego młyna elektrycznego w tym właśnie miejscu przy początku 20 wieku, powodowało że wszyscy posiadacze ziarna, którzy musieli przejeżdżać obok niego aby dostać się do starego młyna wodnego na Wszewilkach, nie mogli się zmusić aby dalej podążać piaszczystą drogą wiodącą do starego młyna. Mielili więc swoje ziarno w owym nowym młynie. To z kolei spowodowało ekonomiczny upadek starego młyna wodnego. Można więc powiedzieć, że ów młyn elektryczny był także jedną z części większego "spisku UFOnautów przeciwko Wszewilkom", nastawionego na zniszczenie przeszłości i historii tej wioski. Kiedyś zrujnował on ekonomicznie tysiącletni młyn wodny na Baryczy. Niedawno zaś sam został zrujnowany!
       Szosa utrwalona na powyższym zdjęciu została wytyczona od nowa około 1875 roku. Kogoś dociekliwego może ona wysoce zastanowić. Wszakże w czasach kiedy była ona wytyczana poprowadzono ją przez pola zupełnie wolne od zabudowań. Mogła więc być wytyczona prosto jak strzała. Tymczasem posiada ona wyraźne zakręty. Okazuje się, że owe zakręty zostały zaprojektowane celowo. Ktoś wyraźnie chciał aby omijała ona były miniaturowy ryneczek historycznych Wszewilek, tak że ryneczek ów mógł zostać dokumentnie zniszczony (wykopany wraz z fundamentami) razem z historycznymi budynkami które przy nim stały. Gdyby zaś wytyczono ją prosto jak strzała, owo zniszczenie ryneczka stałoby się niemożliwe bo zniszczona wówczas by także być musiała i owa nowo-wytyczona droga. Pozawijany przebieg pokazanej tutaj "nowej" drogi przez Wszewilki jest więc dowodem, że ktoś celowo zadbał aby chwalebna i moralna przeszłość wolnej wsi Wszewilki nie przertwała do dzisiejszych czasów.
       Warto tutaj dodać, że wraz z owym historycznym ryneczkiem Wszewilek, zniszczeniu uległy również dwa wysoce zabytkowe i historycznie istotne budynki Wszewilek. Były to:
         Pradawny budynek karczmy. Karczma ta stała kiedyś przy skrzyżowaniu drogi z Pomorska do starego młyna wodnego na Baryczy, z oryginalną drogą przez Wszewilki. Stała więc ona jedynie kilka metrow na zachód od miejsca w którym dzisiaj stoi wszewilkowski basen przeciwpożarowy. Faktycznie to ów basen przeciwpożarowy wybudowany został w dokładnie tym samym miejscu gdzie kiedyś stał dom właściciela owej wszewilkowskiej karczmy. Pamiętam, że jako dziecko bawiłem się w piwnicach owego spalonego domu - które to piwnice stanowiły zaczątek dołu w jakim potem postawiono obecny basen przeciwpożarowy. Pamiętam też, że z ruinami owego domu wymieszane wówczas były kości ludzkie. (Niewielki fragment owej oryginalnej drogi przez Wszewilki ciągle istnieje do dzisiaj we Wszewilkach-Stawczyku. Poprzez więc jej przedłużenie na drugą stronę torow kolejowych daje się poznać gdzie dokładnie ona kiedyś przebiegała.)
         Prastary kosciółek Wszewilek. Kościółek ten także stał kiedyś przy owym ryneczku, jedynie kilkadziesiąt metrów na południowy-wschód od budynku karczmy (tj. na przeciwstawnym narożniku tego samego skrzyżowania obu głównych dróg). Stał on więc jedynie kilka metrów na zachód od obecnych torów kolejowych, w miejscu jakie dzisiaj straszy ogromnym dołem po ziemi użytej do budowy nasypu kolejowego. Jak on wyglądał ilustruje to "Fot #F1" na totaliztycznej stronie wszewilki_jutra.htm którą to "Fot. #F1" można też oglądnąć klikając na niniejszy (zielony) link. Prawdą jest wprawdzie, że w chwili jego rozebrania kościółek ten wcale nie był już wówczas używany i że popadal w ruinę ze starości. Wszakże był on kościółkiem katolickim, podczas gdy w owych czasach spora część mieszkańców Wszewilek stała się już protestancka i uczęszczała do kościoła w Miliczu który obecnie znany jest jako kościół Św. Andrzeja Boboli. Z kolei katolicy którzy ciągle zamieszkiwali wówczas na Wszewilkach, korzystali wtedy już z "małego" kosciółka w Miliczu. Jednak nawet niszcząc kosciółek który nie był już używany, zniszczeniu i zaprzepaszczeniu uległa wtedy niemal cała przeszłość i historia Wszewilek. Wszakże spora część tej historii utrwalona była na piśmie w archiwach owego kosciółka. Archiwa te wprawdzie przeniesiono wówczas gdzie indziej (zapewne do "małego" kościółka w Miliczu, lub do kościółka Św. Anny w Karłowie) jednak albo w końcowym etapie wojny, albo też zaraz po wojnie, zniknęły one również i stamtąd.
         Ciekawostką prastarego kościółka Wszewilek było, że został on wymurowany z bloków tej samej rudy darniowej z której kiedyś wymurowane były mury obronne Milicza oraz pierwsze kościoły owego miasta. Podobnie też jak każdy murowany kościółek z owego okresu, z całą pewnością posiadał on pod sobą spore piwnice. To tłumaczy, dlaczego w miejscu gdzie on kiedyś stał wyrobisko ziemi jest aż tak głębokie (tj. najgłębsze z wszystkich jam pozostawionych w miejscu byłego ryneczka Wszewilek). Chodziło bowiem o to, że ci co usunęli ów kościółek usuwali spod niego ziemię aż całkowicie wybrali również owe stare piwnice które pod kościółkiem tym oryginalnie istniały. Oczywiście, przy okazji usuwania kościółka, usunięte też zostały resztki owych ludzi którzy wkrótce po wybudowaniu kościółka zaczęli być chowani wokół niego. Nic dziwnego, że odcinek torów kolejnowych pomiędzy Wszewilkami i Baryczą, na budowę nasypu którego zużyto właśnie ziemię wybraną spod byłego kościółka we Wszewilkach (wraz z resztkami pochowanych w tej ziemi ludzi), zawsze wykazywał jakąś tajemniczą zdolność do przyciągania samobójców i powodowania śmiertelnych wypadków. Tylko w czasach kiedy ja mieszkałem na Wszewilkach, na owym odcinku torów biegnących po nasypie uformowanym z ziemi wybranej spod kościółka Wszewilek z najróżniejszych przyczyn zginął aż cały szereg ludzi.
       Stara droga przez Wszewilki również przebiegała kiedyś przez miejsce z jakiego wykonano powyższe zdjęcie. Tyle tylko, że właśnie w owym miejscu skręcała ona kiedyś w prawo, lekkim łukiem odchodząc ku południu od dzisiejszej nowej drogi. Potem zaś biegła równolegle do dzisiejszej "nowej" drogi, w odległości jakichś 100 metrów na południe od niej. Oryginalne zabudowania gospodarskie rolników wsi Wszewilki zbudowane były wzdłuż owej starej drogi. Kiedy jednak wytyczono pokazaną tu nową drogę, owe stare zabudowania musiały być opuszczone i z czasem zniszczały. Z nimi zniszała zaś historia Wszewilek. Zaraz po drugiej wojnie światowej ciągle istniało kilka starych budynków gospodarczych jakie kiedyś stały przy owej starej drodze (ja pamiętam ze cztery z nich). Wyglądały one wówczas bardzo dziwnie, bo stały opuszczone w środku pól uprawnych i były bardzo stare. Budynki te zostały jednak stopniowo rozebrane gdzieś do końca lat 1960-tych. Najdłużej z nich ostała się stodała i dom jakie od około 1955 roku należały do przez rodziny Wojciechowskich (zaraz zaś po wojnie - do rodziny Frąckowiaków). Powodem było, że oryginalnie stojąc przy starej drodze Wszewilek, stodoła ta, oraz dom mieszkalny do jakiej ona przynależała, stały także przy drodze do młyna na Baryczy. Po wytyczeniu więc nowej drogi, dostęp do owej stodoły i do domu jej właścicieli ciągle był łatwy jak dawniej. Jego właściciele nie zmuszeni więc byli do budowy nowego domu i nowej stodoły przy nowej drodze. Budynki te zapewne wielu starszych mieszkańców Wszewilek ciągle pamięta, bowiem owa stodała była bardzo stara, zbudowana z gliny w "oryginalnym stylu architektonicznym Wszewilek" - czyli jako rodzaj glinianej lepianki ze strzechą z sitowia. (Stodoła ta sąsiadowała z elektrycznym młynem Wszewilek, omawianym powyżej.) Na dachu owej stodoły od niepamiętnych czasów gnieździły się bociany. Jednak nawet i ona została rozebrana gdzieś w latach 1980-tych. Wraz z nią zniknął też ostatni przykład historycznej architektury i zabudowy Wszewilek.
       Ciekawe czy mieszkańcy Milicza i okolic kiedyś zrozumieją, że takie stare budynki i ich wyposażenie są bezcenne, bowiem reprezentują one ludzką historię. Niemal całkowicie też poznikały one z powierzchni naszej planety. Kiedy zaś raz one znikną, nigdy nie będzie już można pokazać jak naprawdę one wyglądały oraz co znajdowało się na ich wyposażeniu. (Wszakże historyczna rekonstrukcja nigdy nie jest w stanie pokazać jak naprawdę wyglądał oryginalny obiekt.) Chociaż więc trudno w nich dzisiaj mieszkać i muszą one zrobić miejsce na nowe, zamiast być niszczone, powinny one być ostrożnie rozbierane i przenoszone do muzeów etnicznych. Tam zaś ich oglądanie byłoby wysoce pouczające. Faktycznie też wiele krajów na świecie podejmuje obecnie wysiłki aby uratować i zachować to co w nich ciągle się ostało z dawnych czasów. Przykładowo, koło miasta Kuching na wyspie Borneo, istnieje cała wioska muzealna zbudowana z takich historycznych budynków i ich wyposażenia. Żaden z nich nie jest też tam młodzy niż jakieś 100 lat. Turyści zaś z całego świata czasami odczekują aż po kilka dni aby móc sobie wioskę tą zwiedzić. Ja byłem jednym z owych turystów i po oglądnięciu owej wioski odszedłem oczarowany i wstrząśnięty. Jeśli kiedyś wybiorę się jeszcze raz na Borneo, z całą pewnością odwiedzę tą wioskę ponownie, nawet jeśli przyjdzie mi czekać kilka dni na wolny bilet.
       Koło Wszewilek stoi prastare grodzisko z którego wyrósł dzisiejszy Milicz. Faktycznie to aż się prosi aby odbudowano fortyfikacje i przykłady zabudowy tego grodziska, oraz aby w nim zorganizowano taką właśnie wioskę muzealną.
* * *
       W czasach kiedy Wszewilki posiadały własny ryneczek i karczmę, ów ich centralny plac stanowił miejsce bardzo słynnych targowisk. Odbywały się tam cotygodniowe targowiska produktów rolnych, a także okresowe targowiska zboża i bydła, oraz sezonowe targowiska koni. Targowisko koni we Wszewilkach było tak słynne, że handlarze końmi ściągali do niego z sąsiednich krajów o z aż tak daleka jak Pomorze i Czechy. Po celowym zniszczeniu ryneczku we Wszewilkach, targowiska te przeniesiono na łąkę przy brzegu Baryczy pod Miliczem - w miejsce przy obecnej rzeźni milickiej. Tam też przetrwały aż do końcowych lat 1980-tych. Faktycznie więc ów "spisek przeciwko Wszewilkom" pozbawił tą wioskę nie tylko jej przeszłości i historii, ale również odebrał jej kluczowe znaczenie w handlu produktami rolnymi, oraz zrabował jej tradycyjną rolę głównego zaopatrzeniowca Milicza w żywność.
* * *
       Oczywiście, czytając w niniejszym punkcie, że to UFOnauci uknuli i zrealizowali z żelazną konsekwencją spisek nastawiony na odebranie Wszewilkom ich przeszłości, czytelnik zapewne się zastanawia, jakie dowody wskazują że to byli UFOnauci, a nie np. nastawieni wrogo do Wszewilek ludzie. Jak też się okazuje istnieje całe zatrzęsienie dowodów, że to NIE mogli być ludzie, a musieli być UFOnauci. Oto niektóre z owych dowodów:
       (i) Nieustanne prześladowanie Wszewilek trwa zbyt długo - rozciąga się bowiem przez ponad 120 lat. Nie jest więc możliwym aby było realizowane przez ludzi. Wszakże nikt z ludzi nie byłby w stanie prześladować jednej wsi przez ponad 120 lat. Najstarsze dowody owego prześladowania które przetrwały do dzisiaj datowane są około 1875 roku, kiedy to zbudowana została taranująca ryneczek tej wsi linia kolejowa. Zapewne jednak istniały nawet wcześniejsze prześladowania, na temat których nie przetrwały do dzisiaj już żadne dowody. Prześladowania te ciągle kontynuowane były zaciekle po roku 1900-tnym, kiedy nowy młym elektryczny spowodował upadek historycznego młyna wodnego na Baryczy, oraz po roku 1945 kiedy wybiorczo wymordowani zostali na Wszewilkach wszyscy autochtoni którzy wiedzieli cokolwiek na temat przeszłości owej wioski. Ciągle były też prowadzone jeszcze około roku 1990, kiedy to rozebrana została ostania stodoła ilustrująca oryginalny styl architektoniczny Wszewilek, oraz kiedy budowa nowych stawów rybnych przy Wszewilkach zniszczyła pozostałości prastrego młyna wodnego na Baryczy a z nim ostatnie ślady chwalebnej przeszłości owej wioski.
       (ii) Wszystkie akty prześladowań Wszewilek celowo zorganizowane zostały w taki sposób aby wyglądały one jak przypadki, niekorzystne zbiegi okoliczności, czy naturalny bieg wydarzeń. Tymczasem jeśli prześledzi się szatańskie metody działania UFOnautów na Ziemi, co uczyniono np. na stronach internetowych o obsuwiskach ziemi, 26tym dniu, WTC, huraganach, czy ludobójstwie, wówczas się okazuje że to właśnie UFOnauci działają wyłącznie metodami które są tak trudne do wykrycia przez ludzi, że zwykle uważane są właśnie za przypadki, zbiegi okoliczności, wydarzenia losowe, itp. - czyli za wszystko inne tylko nie za celowe niszczenie przez UFOnautów.
       (iii) Wszystkie niszczycielskie zdarzenia dotykające Wszewilki przytrafiały się w tak dziwny sposób, że zawsze niszczyły one naszą wiedzę na temat przeszłości owej wioski. Gdyby zaś zdarzenia te naprawdę wywoływane były przez przypadki, a nie były jedynie tak zmyślnie zaprojektowane przez UFOnautów, ich niszczenie musiałoby być również przypadkowe. Wówczas za każdym razem niszczyłyby przypadkowo coś zupełnie innego. Tymczasem w przypadku Wszewilek zawsze niszczona była wiedza o przeszłości. To zaś oznacza, że ukrywa się za nimi ktoś szatańsko przebiegły, czyli diaboliczni UFOnauci, którzy używają je jako skutecznego sposobu dopięcia swojego celu.
       (iv) Wymazywanie śladów historii Wszewilek jest konsystentne z identycznym wymazywaniem naszej wiedzy na temat historii ludzkości oraz historii wszelkich innych istotnych miejsc na Ziemi. Przykładowo, porównaj wiedzę jaką obecnie posiadamy na temat przeszłości Wszewilek, z wiedzą jaką posiadamy np. na temat pochodzenia człowieka, albo faktycznej historii ludzkości (faktyczna historia ludzkości opisana jest w podrozdziale V3 z tomu 16 starszej monografii [1/4]), albo np. z wiedzą na temat piramid egipskich i amerykańskich, Machu Picchu, Citadel of Sigiriya, gigantycznych posągów z Wyspy Wielkanocnej, itd., itp.
       (v) Po zakończeniu drugiej wojny światowej, wszyscy ludzie sprawujący jakąkolwiek władzę nad Wszewilkami zostali wymienieni na innych, jednak wcale to nie zakończyło prześladowań owej wioski. Wszakże aż do końca tej wojny Wszewilki znajdowały się we władaniu Niemiec. Zaś po wojnie przeszły one pod polską administrację. Jak zaś ja wielokrotnie przekonałem się o tym na własnej skórze, tylko UFOnauci rozciągają nad Ziemią tajemną sieć zniewalania, która jest w stanie dręczyć i prześladować w dokładnie taki sam sposób, niezależnie od tego w jakim kraju i pod którym reżymem ktoś się znajduje. Najlepszym dowodem na owe powojenne prześladowania, jest opisana wcześniej sytuacja Wszewilek modelująca losy "królewicza i żebraka".
       Dzięki niezwykle korzystnym "zbiegom okoliczności", fakt systematycznego niszczenia wiedzy o historii Wszewilek udało się wykryć i opisać na niniejszej stronie. Stało się tak tylko ponieważ od własnej matki, urodzonej i wychowanej niedaleko od Wszewilek, miałem okazję poznać sporo nieznnych innym ludziom faktów na temat przeszłości owej wioski i pobliskiego Milicza. Z kolei dzięki własnym badaniom UFO poznałem szatańskie metody prześladowania ludzkości przez UFOnautów. W ilu jednak innych przypadkach na Ziemi, podobne niszczenie wiedzy o przeszłości też miało miejsce, jednak nikt na nim się nie poznał. Nic dziwnego, że istnieją na Ziemi stare osiedla i budowle, których długowieczność jest dla wszystkich widoczna, jednak na temat przeszłości których praktycznie nic konkretnego nam już nie jest wiadomo. Cały szereg z nich opisany został pod koniec strony o ludobójstwie. W obliczu istnienia takich miejsc, nasuwa się oczywiste pytanie. Co aż tak groźnego dla UFOnautów istnieje w przeszłości Ziemi, że UFOnauci uwalniają cały ten arsenał swoich szatańskich metod aby to ukryć przed ludźmi? Czy jest to fakt, że UFOnauci od zarania dziejów okupują i eksploatują ludzkość, czy też fakt że około 12.5 tysięcy lat temu UFOnauci całkowicie zniszczyli na Ziemi poprzednią ludzką cywlizację która była nawet bardziej zaawansowana niż obecnie jest nasza dzisiejsza cywilizacja ludzka.


#E2. Wilkołaki z lasów podmilickiego Stawca i ich "modus operandi" (tj. ich zasady fizycznego postępowania, albo fizyczne "rules of engagement"):

Motto: "Jeśli coś wygląda jak kaczka, kwacze jak kaczka i chodzi jak kaczka, zapewne jest to kaczka" (angielskie przysłowie)

       Anglicy mają to zabawne przysłowie, którego tłumaczenie na polski przytoczylem w motto, a które stwierdza "If it looks like a duck, quacks like a duck and walks like a duck, it probably is a duck". Ja przytaczam tutaj owo przysłowie, ponieważ od czasów dzieciństwa znam coś, co właśnie "wygląda jak kaczka, kwacze jak kaczka i chodzi jak kaczka", jednak przez dziesiątki lat wszyscy oficjalnie nazywali to "ciągiem wypadków i zbiegów okoliczności". Tak się składało, że w przeszłości otwarte nazwanie tego czegoś "kaczką" byłoby bardzo niebezpieczne. Stąd przez całe lata ja też nazywałem to tak jak wszyscy inni (chociaż NIE ukrywałem swego zaniepokojenia dziwnościami wszelkich spraw dotyczących owej niby "kaczki" - po przykład patrz punkt #F3 na mojej stronie o nazwie sw_andrzej_bobola.htm.) Jednak obecnie czasy się zmieniły. Owa prawdopodobna "kaczka", oraz wszyscy Polacy, należymy już teraz do tej samej zjednoczonej Europy. Od dnia 11 września 2001 roku wspólnie też powinniśmy się przygotowywać na przyjście już nowego zagrożenia, jakie jest jednakowo niebezpieczne dla obu naszych uprzednio konfrontujących się stron - po szczegóły patrz punkty #H1 do #H3 ze strony o nazwie przepowiednie.htm, punkt #N2 na stronie o nazwie pajak_na_prezydenta_2020.htm, oraz punkt #K1 na stronie o nazwie tapanui_pl.htm. (Szczególnie proponuję zwrócić tam uwagę na scenariusz z punktu #H3 mojej strony o nazwie przepowiednie.htm, który opublikowałem jeszcze w 2009 roku, a który opisuje przebieg wypełniania się staropolskiej przepowiedni, stwierdzającej iż "ludzie sami sprowadzą na siebie taką zagładę i wyludnienie, że potem człowiek będzie całował ziemię w miejscu gdzie zobaczy ślady innego człowieka" - czyż początek tego mojego scenariusza z 2009 roku NIE pasuje "jak ulał" do tego co zaczęło dziać się w Europie w 2015 roku?) W tych więc nowych czasach trzeba pamiętać, że istnieje takie coś jak "przedawnienie", trzeba umieć po chrześcijańsku wybaczyć "kaczce", że wypełniała rolę do jakiej popychało ją jej kacze pochodzenie, trzeba wyciągnąć do niej rękę pojednania, pogratulować jej, że na przekór bycia "kaczką" tak doskonale i efektywnie potrafiła przyjmować postać "ciągu wypadków", oraz trzeba zacząć uważnie studiować jej doskonałe metody fizycznego działania i uczyć się z przykładów tych metod. Wszakże wymogi aktywnego przygotowywania się do tego co daje się przewidzieć iż nieuchronnie już nadchodzi (tj. wymogi wyjaśnione dokładniej m.in. w punkcie #N2 strony pajak_na_prezydenta_2020.htm), nakazują nam, że kiedy nowe zagrożenie do nas wszystkich dotrze, moralny "obowiązek obrony" domaga się od nas, abyśmy mogli wówczas równie efektywnie jak owa "kaczka", ale tym razem już wspólnym wysiłkiem oraz w pełnej zgodności z poznanymi w międzyczasie kryteriami moralnymi, konfrontować to co niewesoła przyszłość wszystkim nam już zapowiada.
       Nazwijmy więc sprawy po imieniu. Otóż to co w angielskim przysłowiu nazywane jest "kaczką", w faktycznym życiu z okolic Wszewilek i Milicza prawdopodobnie może być nazywane "niezwykle efektywną i sprawną komórką niemieckiego podziemia Werwolf (tj. "Wilkołaki"), która po drugiej wojnie światowej działała w lasach podmilickiego Stawca". Oczywiście, ponieważ owa prawdopodobna komórka pod względem fizycznym działała ogromnie efektywnie, odnosiła wyłącznie sukcesy, potrafiła bardzo precyzyjnie "zacierać ślady" swojej działalności, oraz nigdy NIE była poszukiwana przez ówczesne polskie władze ani nawet rozważana iż może istnieć, NIE ma teraz żadnych dowodów, że ona wogóle istniała. Stąd wszystko co wyjaśniam w niniejszym punkcie to tylko poszlaki, pradopodobieństwa i moje zgadywanie. Niemniej ciągle warto poznać zasady fizycznego działania tej komórki, bowiem gdyby przypadkiem kiedyś się okazało, że na przekór oficjalnemu stanowisku władz komórka ta jednak istniała, wówczas zwykłe zapomnienie fizycznych metod jej działania byłoby ogromnym marnotrawieniem bogatych doświadczeń i doskonałych zasad jej fizycznego działania (tj. jej "modus operandi"). Metody te wszakże sprawdziły się w rzeczywistym życiu. Stąd powinno się je studiować i z nich się uczyć. Po zaś udoskonaleniu ich moralnego wymiaru do poziomu naszej dzisiejszej znajomości zasad moralnie-poprawnego postępowania, powinno się też umieć je wdrożyć - jeśli zajdzie taka potrzeba. Wszkże historia lubi "zataczać kręgi", stąd fizycznie doskonałe metody działania i lekcje na przyszłość jakie poznanie tej historii może dla nas otworzyć, już w niedalekiej przyszłości mogą okazać się wręcz niezbędne dla przetrwania naszych bliskich i naszej kultury.
       W każdym ludzkim działaniu, a więc także i w działaniu opisywanej tutaj komórki Werwolfu, daje się wyróżnić trzy wymiary, mianowicie wymiar (1) fizyczny, (2) uczuciowy, oraz (3) moralny - po więcej szczegółów patrz "Rys. #I1" ze strony pajak_do_sejmu_2014.htm. Podczas gdy przy dzisiejszym poziomie naszej wiedzy i doświadczeń można mieć sporo zastrzeżeń co do moralnego i uczuciowego wymiaru działania owej komórki Werwolfu ze Stawca, fizyczny wymiar jej działania był bliski doskonałości. Stąd to ów fizyczny wymiar jest warty dalszego studiowania i to dla jego poznania jest też warto podejmować ryzyko poszukiwania prawdy na temat faktycznego istnienia owej komórki Werwolfu. Oto więc kilka przykładów "poszlak", jakie zdają się potwierdzać istnienie i pełne sukcesów fizyczne działanie w lasach z okolic podmilickiego Stawca owej wysoce aktywnej komórki niemieckiego podziemia zwanego Werwolf (tj. "Wilkołaki").
       1. Czyjeś tajemnicze zrealizowanie aż do końca, wyraźnego rozkazu faszystowskich władz Milicza, aby wyzabijać wszystkich Niemców którzy pozostali na miejscu - jaki to rozkaz miał być realizowany przez każdą niemiecką grupę dywersyjną pozostawioną w Miliczu i okolicach na czas po przejściu linii frontu. O rozkazie tym piszę dokładniej w punkcie #C1 swej strony o nazwie bitwa_o_milicz.htm. Mianowicie, kiedy w dniu 22 stycznia 1945 roku Rosjanie wyzwalali Milicz, w Milickim ratuszu cichcem ukryte były aż dwie kompanie dobrze uzbrojonej niemieckiej młodzieży. Młodzież ta otrzymała klarowny rozkaz, że po przejściu frontu, ma ona "rozprawić się" (czytaj "wystrzelać") wszystkich niemieckich mieszkańców Milicza i okolic, którzy zignorowali rozkazy hitlerowskich władz i NIE uciekli w głąb Niemiec przed nacierającą armią radziecką. Na szczęście, Rosjanie w porę dowiedzieli się o istnieniu i rozkazach owych ponad 300 doskonale uzbrojonych młodych Niemców i uniemożliwili im wykonanie tego rozkazu - o czym piszę szczegółówo w punkcie #C1 strony internetowej o nazwie bitwa_o_milicz.htm. Na przekór jednak, że owym dwóm kompaniom młodych Niemców pomieszane zostały szyki w ich zamiarach wystrzelania wszystkich oryginalnych mieszkańców Milicza i okolic, którzy znali przeszłość tych miejscowości, ciągle niemal wszyscy "autochtoni", którzy przeżyli wojnę, zostali później tajemniczo powysyłani na tamten świat - co wyjaśniam dokładniej zarówno w punkcie #E1 powyżej tej strony, jak i w kilku innych jej miejscach. Jak więc widać rozkaz jaki mieli owi młodzi niemieccy obrońcy milickiego ratusza ciągle przez kogoś został tajemniczo wykonany, zaś ci co NIE chcieli pozwolić aby przeszłość i jakieś ogromnie ważne tajemnice Wszewilek i Milicza wyszły jakoś na światło dzienne, mimo wszystko niemal osiągnęli swoje cele. Kto więc wykonał ów rozkaz?
       2. Ci nieliczni niemieccy "obrońcy" Milicza, którzy zdołali ujść z życiem z bitwy o Milicz, uciekali właśnie do Stawca. Czterech z nich zostało nawet zastrzelonych w trakcie owej ucieczki - co opisuje punkt #F1 mojej strony bitwa_o_milicz.htm. Mi nasuwa się aż kilka pytań w związku z tym ich kierunkiem ucieczki. Przykładowo, dlaczego uciekali do Stawca? Wszakże Stawiec leży na północ od Milicza, tymczasem kraj Niemcy leży na zachód. Logika podpowiada więc, że jeśli jacyś niemieccy żołnierze wyszli żywi z bitwy o Milicz, wówczas powinni uciekać w kierunku Niemiec, czyli na zachód, a NIE do Stawca, czyli na północ - chyba że wiedzieli iż w Stawcu znajduje się aktywna komórka Werwolfu. Przykładowo, niemiecki żołnierz, który do ostaniej minuty trzymał wartę przy szosie we wsi Cielcza, instynktownie uciekał w kierunku na zachód (do Niemiec) kiedy zobaczył rosyjskie czołgi. To właśnie podczas owej ucieczki na zachód został zastrzelony kiedy biegnąc po otwartym polu dobiegał już do zdolnego zasłonić jego dalszą ucieczkę płotu mojej babci. Po drugie dlaczego uciekali oni przez odkryty teren koło Stawca, gdzie bystroocy rosyjscy żołnierze łatwo mogli ich wypatrzeć i ustrzelić, podczas gdy ucieczka na zachód prowadziłaby ich wśród lasów, gdzie łatwo jest się ukrywać - ponownie prawdopodobne wytłumaczenie, że w Stawcu był Werwolf. Po trzecie, kto ich pochował z żołnierskimi honorami - w typowy dla niemieckich tradycji wojskowych sposób, tj. wbijając bagnety w ich groby i wieszając na nich hełmy. Przybyli na te tereny polscy osadnicy ani rosyjscy żołnierze NIE grzebaliby ich z takimi żołnierskimi honorami. Przykładowo, młodych Niemców zastrzelonych w Miliczu Rosjanie powrzucali w istniejące pod miliczem okopy, poczym puścili po tych okopach zygzakujący ciężki czołg aby je pozarywał i pogrzebał powrzucanych w nie Niemców.
       3. "Epidemia skręceń karku" jaka zapanowała wśród przy-milickich autochtonów zaraz po wojnie. Jak wiadomo, podczas okupacji typowo każdy kto przeszkadzał Niemcom otrzymywał "kulę w łeb". Podczas okupacji dziura po kuli w głowie była więc rodzajem "poświadczenia niemieckiej roboty". Jednak żołnierze "Werwolfu" mieli rozkazy aby działać w konspiracji - tak aby miejscowe polskie władze NIE połapały się o ich istnieniu i NIE podjęły ich poszukiwań oraz likwidowania. Stąd członkowie Werwolf w ostatniej fazie wojny byli specjalnie trenowani na więźniach obozów koncentracyjnych, jak "czysto", "niewykrywalnie", "cicho" i "szybko", jednym precyzyjnym ruchem "skręcać karki" niewygodnym im ludziom. (Najbliższy Milicza i Stawca obóz koncentracyjny znajdował się w niedalekim Sułowie - patrz punkty #D11 i #D12 mojej strony o nazwie milicz.htm. Szkoda, że NIE ocalała jego dokumentacja ani świadkowie co tam się działo pod koniec wojny.) Oczywiście, ówczesny brak ekspertyzy kryminalnej wśród nowych polskich władz Milicza, a być może także i inne przyczyny, razem spowodowały, że wszystkie owe "skręcenia karków" u autochtonów były formalnie kwalifikowane jako "wypadki" i "przypadki". Z jakichś jednak powodów, których dzisiaj NIE potrafię wyjaśnić, mnie bardzo wzburzyła śmierć wszewilkowskiego autochtona o nazwisku Waloha - którego osobiście znałem i bardzo lubiłem. Już jako mały chłopiec ustaliłem więc od naocznych widzów dokładne miejsce w którym znaleziono go ze skęconym karkiem leżącego przy swym rowerze. Miejsce to znajduje się przy jedynie około jedno-metrowo-wysokiej skarpie asfaltowej szosy wiodącej wówczas z Cieszkowa do Milicza. Znając osobiście Walohę, coś uczuciowo NIE pozwalało mi więc uwierzyć, że nawet jeśli przypadkiem jego rower zjechał z tak niskiej skarpy, ten fizycznie sprawny, silny i szczupły mężczyzna skręcilby sobie kark. Na dodatek miejsce w jakim go znaleziono leży jedynie kilkanaście metrów przed odchodzącą od owej szosy polną drogą ze Stawca do Wszewilek - o której to drodze każdy wiedział, że Waloha przy niej przyhamuje i w nią skręci na swym rowerze, kiedy będzie nocą wracał do swego domu we Wszewilkach (np. z wizyty u kogoś - która to wizyta mogła celowo zostać "zorganizowana" dla niego przez Werwolf, lub o której Werwolf wiedział że nieżonaty Waloha odbywa ją regularnie np. każdego tygodnia). Nic więc NIE przeszkadzało wprawionemu w "skręcaniu karków" żołnierzowi Werwolf zaczekać przy owej drodze, zagadnąć do Walohy (który zapewne osobiście go znał, bowiem oboje byli miejscowymi i mieszkali w pobliżu siebie przez wiele lat), skręcić mu kark, poczym przeciągnąć go kilkanaście metrów w górę szosy i ułożyć tak jakby przypadkowo zjechał on z około metrowego nasypu i "skręcił sobie kark". Podobny przebieg mogło mieć "skręcenie karku" innego autochtona, jaki też był dobrym znajomym mojej rodziny, o nazwisku Haupfman Nietzke von Kolande, opisywanym m.in. w punkcie #G1 strony o nazwie bitwa_o_milicz.htm.
       4. Zwłoki wszystkich innych przymilickich autochtonów, zamordowanych w ich domach, zawsze były dokładnie palone wraz z domami w których umierali. Jednocześnie wśród ludności okolic Milicza rozsiewane były pogłoski, że jakoby mordów tych dokonywały bandy rosyjskich żołnierzy-maruderów (ostatnio chodzi mi po głowie, że już sama ta pogloska z daleka pachnie metodami działania hitlerowskiej propagandy). Tymczasem materiał faktologiczny jaki do mnie dotarł, zdaje się świadczyć, że bandy rosyjskich maruderów owszem rabowały i gwałciły miejscowych ludzi, jednak typowo ich potem NIE zabijały. (Przykładowo, jedna z takich band usiłowała obrabować moją rodzinę - co opisuję w punkcie #J1 tej strony.) Wszakże logicznie rzecz biorąc bandy te NIE miały powodów aby mordować ludność swoich wojennych sprzymierzeńców (chociaż miały typowe ludzkie powody, np. zachłanność, aby ich rabować i gwałcić), zato powody i wyraźne rozkazy mordowania autochtonów miał właśnie Werwolf.
       5. Psychoza "zagrożenia", jaka panowala w okolicach Milicza przez wiele lat po wojnie. Tę psychozę ja nawet pamiętam z czasów swego dzieciństwa. Ludzie w okolicach Milicza wiecznie się bali nocy, ryglowali się w swych domach, budowali wysokie płoty, utrzymywali sfory groźnych psów, późnymi wieczorami NIE pozwalali swym dzieciom wychodzić na wieś dla zabawy, przez wiele lat nawet NIE dotykali niczego co uważane było za niemiecką własność, itp. - ponieważ bez przerwy coś tragicznego i niewyjaśnialnego się tam działo. Z powodu owego strachu jedna dobrze znana moim rodzicom rodzina autochtonów natychmiast po śmierci Waholy spakowała swój skromny dobytek, porzuciła dom jakiego z trudem uprzednio się dorobiła, oraz w panice uciekła z Wszewilek - nie informując nikogo dokąd się udaje. Z czasów też jakie spędziłem we wsi Cielcza, wiem, że owa psychoza nieustannego śmiertelnego zagrożenia była cechą unikalną dla okolic Milicza. Kiedy teraz o tym myślę, wówczas samo się nasuwa, że obecność w lasach Stawca aktywnej komórki dobrze wytrenowanych w zabijaniu żołnierzy Werwolfu doskonale by wyjaśniała to co wówczas wokoło Milicza się działo.
       6. Jakaś ogromnie ważna tajemnica, którą najwyraźniej kryją średniowieczne tunele spod Milicza. Wszakże z dawnych opowiadań rodzinnych jest mi wiadomo, że w lasach koło Stawca miały znajdować się wyloty z owych tuneli wiodących z Milicza. Przed wybuchem drugiej wojny światowej o owych tunelach i o ich wylotach wiedział praktycznie każdy lokalny mieszkaniec. Jeśli więc tunele te przejął Werwolf na swoje kryjówki i bazy, wówczas stało się dla niego istotne aby "powysyłać na tamten świat" wszystkich ludzi, którzy mogli wskazać polskim władzom gdzie wejścia do tych tuneli są poukrywane. W najróżniejszych urzędach niemieckiego Milicza musiały też istnieć liczne plany i dokumentacje owych tuneli - jednak do dzisiaj jakoś żaden z tych planów NIE został publicznie ujawniony. Zaraz też po drugiej wojnie światowej w wielu miejscach Milicza istniały wejścia do tych tuneli. Znałem starszych kolegów, którzy do nich wchodzili (jeden z nich, jakiego milicka milicja przyłapała ubranego w zbroję rycerską, którą znalazł w owych tunelach, w kilka lat potem niespodziewanie zmarł w młodym wieku - NIE jest mi jednak wiadomym czy też przypadkowo "skręcił sobie kark"). Kiedyś jeden z moich kolegów szkolnych pokazywał mi nawet wejście do tych tuneli jakie znajdowało się wówczas w ścianie drugiego poziomu piwnic budynku położonego mniej-więcej naprzeciwko ówczesnej milickiej księgarni. Jednak potem nagle milickie (polskie) władze dokładnie pozamurowywały i poukrywaly wszystkie te wejścia. Ich wylotów koło Stawca najwyraźniej też do dzisiaj NIE udało się nikomu odnaleźć. Nie wolno więc wykluczać możliwości, że poprzejmował je właśnie tamtejszy Werwolf oraz uczynił z nich swoje podziemne kryjówki i bazy do dzisiaj szczelnie okryte "płaszczem tajemnicy" - patrz punkt #F3 na mojej stronie o nazwie sw_andrzej_bobola.htm. Prawdopodobieństwo istnienia owego tajemniczego związku Werwolfu z podziemnymi tunelami średniowiecznego Milicza powoduje, że być może istnieje sposób na sprawdzenie poprawności opisywanych tu poszlak i przesłanek. Gdyby bowiem udało się znaleźć ukryte wyloty tych tuneli, które miały się znajdować m.in. w lasach koło Stawca, a których do dzisiaj jakoś nikt NIE usiłuje oficjalnie badać, wówczas (jeśli faktycznie tunele te były używane przez Werwolf) prawdopodobnie odpowiednie dowody ciągle byłyby obecne w ich środku. Wszakże istnieje szansa, że żołnierze owego Werwolfu do dzisiaj zwyczajnie powymierali ze starości, jednak "tak na wszelki wypadek" aż do samego końca NIE likwidowali swoich podziemnych baz. (Do owych tuneli, i do ich ukrytych wyjść, ciągle mogą wieść niezawalone przejścia prowadzące z podziemi samego Milicza.)
       7. Tajemnicze gwizdane sygnały komunikujące, jakie aż kilkakrotnie słyszałem nocami w podmilickim "obszarze wysyłania na tamten świat". Ja mieszkałem w przy-wszewilkowskim siole Stawczyk przez pierwszych 18 lat mojego życia. Przez większość tego czasu praktycznie codziennie jeździłem do Milicza na swoim rowerze. Wszakże w latach 1953 do 1957 to w Miliczu uczęszczałem do Szkoły Podstawowej nr 1, a potem w latach 1960 do 1964 do Liceum Ogolnokształcącego. Czasami też matka wysyłała mnie nawet w niedzielę abym dostarczył świeże mleko, masło lub ser jej znajomej klientce z Milicza. Oczywiście, jak przystało na chłopaka z tamtych czasów, relatywnie często pozostawałem w Miliczu aż do późnej nocy. Wszakże chodziliśmy z kolegami do milickiego kina, graliśmy razem, wizytowaliśmy się wzajemnie, zaś w czasach mojego liceum doszły do tego randki, nocne oglądanie księżyca i gwiazd w ramach licealnego kółka astronomicznego, oraz moje dosyć aktywne życie publiczne polegające m.in. na organizowaniu potańcówek, festiwali, zawodów sportowych, pokazów ogni sztucznych, itp. Kiedy zaś późnymi nocami wracałem na swym rowerze do domu, byłoby sporym ryzykiem jechanie szosą, bo mój rower NIE miał światła, zaś milicka milicja lubiła zaczaić się na ulicy Krotoszyńskiej aby łapać i karać osoby przejeżdżające tam bez świateł, tj. osoby jakich inni NIE mogli wypatrzeć już z dużej odległości (być może czyniła to z powodów jakie opiszę w następnym paragrafie). Zawsze wracałem więc na skróty przez zupełnie pusty wówczas obszar pomiędzy Miliczem i Wszewilkami. Znałem tam bowiem na pamięć każdą ścieżkę, każdy kamień, każdy zakręt, oraz każdą gałąź i korzeń drzewa przez jakie na rowerze można było wpaść w kłopoty. Niestety, obszar ten cieszył się "złą sławą", bowiem działo się tam wiele tajemniczych rzeczy. Ścieżki zaś jakimi musiałem pedałować zawsze biegły tam gdzie najstraszniej. Przykładowo, wszystkie te ścieżki wiodły do torów kolejowych, na których co jakiś czas różni "samobójcy" podkładali swoje szyje pod koła pociągów. Ponadto wiodły przez wały na rzece Barycz, w której co jakiś czas znajdowano ciała topielców. Na dodatek tuż przy Miliczu zaczynały się one na łańcuchu okopów, na dnie których Rosjanie zasypali ciała niemieckich obrońców Milicza. Potem w okopach tych ktoś ciągle kopał doły, chociaż kopiącego nigdy NIE dało się zobaczyć. Szeptano więc, że do nich dodawane były następne zwłoki. Jeśli zaś wybierałem ścieżkę po wszewilkowskiej stronie wałów Baryczy, to przy niej znajdowały się spore nieużytki, w których też ktoś niewidzialny nieustannie kopał doły - o nich więc również szeptano, że ukrywają zwłoki (ścieżka ta też wychodziła na "tory samobojców"). Jazda tymi ścieżkami w ciemności czuła się więc tak jakbym samotnie przejeżdżał nocą przez cmentarz w jakim "straszy". Kiedy więc nocami przejeżdżałem przez ten bezludny obszar, bez względu na to którą ścieżkę wybierałem, zawsze miałem tam "duszę na ramieniu", zaś moje zmysły były napięte jak struny. Na przekór tego, poza kilkoma rzadkimi przypadkami gdy wzdłuż torów natykałem się na znanych mi mieszkańców Wszewilek śpieszących do stacji kolejowej w Miliczu, gro przejazdów przez ów straszny dla mnie wówczas obszar odbywało się bez zobaczenia absolutnie nikogo. Tym więc dziwniejsze było dla mnie kilka przypadków, kiedy pedałując na swym rowerze przez ów obszar, zaledwie jakieś 20 metrów za mną, z miejsca w którym uprzednio moje wyostrzone zmysły NIE widziały nikogo, rozlegał się bardzo głośny gwizd, jednoznacznie przezemnie identyfikowany słuchowo jako "zagwizdanie przez człowieka na palcach". Gdyby gwizd ten zapisać fonetycznie, to typowo składał się z dwóch części i brzmiał "fiiii-wit" (aczkolwiek czasami też brzmiał on zupełnie odmiennie). Zawsze gdy go słyszałem przychodziło mi do głowy, że jest on czyimś sygnałem, iż ja nadjeżdżam. Zawsze więc moje oczy wypatrywały ze strachem czy ktoś zagrodzi mi drogę, jednak nigdy nikogo po nim NIE dostrzegałem. Dopiero w wiele lat później, kiedy szkolony byłem na oficera, dowiedzialem się o zasadach rozstawiania "czujek" przy wszystkich drogach wiodących do głównych sił, o potrzebie ustalenia całej gamy "sygnałów komunikujących" jakimi owe "czujki" w razie potrzeby miały informować siły główne o zbliżającym się niebezpieczeństwie, a także iż w bliskości przeciwnika, owe "sygnały komunikujące" powinny być możliwie najbardziej "głośne i naturalne" - aby główne siły je usłyszały zaś przeciwnik NIE pokapował się co one oznaczają. W okolicach Milicza NIE istnieje ani zwierz ani też ptak, które wydawałyby gwizd podobny do ludzkiego "gwizdu na palcach". Obecnie wierzę więc, że ów "fiiii-wit" jaki kilkakrotnie słyszałem w podmilickiem "obszarze wysyłania na temten świat" prawdopodobnie był właśnie takim "zbliżonym do naturalnego" sygnałem, który komuś działającemu przy ścieżce jaką pedałowałem komunikował wiadomość: "chowajcie się, bo samotny nastolatek nadjeżdża na rowerze" (gdyby na rowerze jechało nas dwoje, sygnał zapewne brzmiałby "fiiii-wit-wit"). Jedyne więc co w tych przy-milickich przypadkach różniło się od instruktażowego "modus operandi", to że kiedy intruz opuszcza już strefę zagrożenia, wówczas "czujka" ukryta na jej drugim końcu powinna nadać odwoławczy sygnał "zagrożenie minęło" - tymczasem w moich doświadczeniach nadawany był tylko pierwszy "gwizd ostrzegawczy" - kiedy wjeżdżałem w dany obszar, jednak NIE było już "gwizdu odwoławczego" - kiedy z obszaru tego wyjeżdżałem. (Aczkolwiek po moim wyjechaniu z obszaru mógł być nadany jakiś inny sygnał, jakiego NIE odnotowałem, np. krótkie i bezgłośne zapalenie zielonej latarki skierowanej ku głównej grupie, do jakiej będąc odwrócony tyłem NIE miałem jak jej odnotować.)
       8. Postępowanie ówczesnych polskich władz Milicza, jakby cichcem współpracowały one z Werwolfem. Jak wiadomo, aby odnosić sukcesy, każde podziemie musi mieć swój "wywiad" i swych "informatorów". Ci zaś z zasady muszą infiltrować miejscowe władze, szczególnie milicję. Jeśli dobrze się zastanowić, to ówczesne władze Milicza postępowały właśnie tak, jakby ktoś z ich kierownictwa współpracował z Werwolfem. Poszlaki jakie zdają się to sugerować obejmują przykładowo dziwne zjawisko, że władze Milicza zamurowały i poukrywały wszystkie wejścia do podmilickiech tuneli, a także że do dzisiaj NIE przeciekła do publicznej wiadomości żadna dokumentacja owych tuneli, na przekór iż wysoce metodyczne władze przedwojennego Milicza z całą pewnością dokumentację taką sporządziły, zaś jej fragmenty musiały być znajdowane w różnych milickich archiwach. Mnie ogromnie też dziwią oficjalne wyjaśnienia dla przykładowo nietypowo dużej liczby (wyłącznie męskich) "samobójców" i "ofiar wypadków" jacy umierali na torach kolejowych pomiędzy wsią Wszewilki i mostem kolejowym na Baryczy, tj. w obszarze do jakiego w ciemności można było niepostrzeżenie przekraść się zarówno z lasów Stawca i Wszewilek, jak i z niemal całego ówczesnego Milicza - i to nawet niosąc na barkach np. kogoś powiązanego i zakneblowanego. O tych wyłącznie męskich "samobójcach" wspominałem już w podpisie pod "Fot. #E1". Przez władze wszyscy oni byli oficjalnie wyjaśniani jako "samobójcy" lub "ofiary wypadków" kolejowych. (Intrygujące więc dlaczego nigdy NIE ulegały im też kobiety?) Jako ciekawskiego chłopca, mnie zawsze fascynowało jak umarli. Kiedy więc w porę o nich się dowiadywałem, dla niektórych z nich zdołałem uważnie sobie oglądnąć miejsca ich śmierci wkrótce po tym jak władze już pouprzątały ich ciała i opuściły miejsca zdarzenia. Oóż gro tych "samobójców" umierało poprzez odcięcie głowy - w sposób oficjalnie tłumaczony, że dla popełnienia samobójstwa kładli oni szyje na torach i pozwalali swe głowy odcinać kołami pociągu. (Odnotu