Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Ludowe remedy, uzdrawianie, lecznicze rośliny
(dwujęzycznie, po: angielsku For English version click on this flag i polsku Dla polskiej wersji kliknij na ta flage)
Zaktualizowano:
2017/09/15

Najnowsza aktualizacja: dodanie punktów #G2.3 i #C9


Menu 1:

(Wybór języka:)


(Organizujące:)

Strona główna

Skorowidz

Menu 2

Menu 4

FAQ

Tekst [11] w PDF




(Polskie tutaj:)

Uzdrawiane

Źródłowa replika tej strony

Owoce tropiku

Korea

Hosta

Nowa Zelandia

Nirwana

26ty dzień

Plaga

Ewolucja

Nieśmiertelność

Energia słoneczna

Darmowa energia

Telekinetyczne ogniwo

Grzałka soniczna

Telekinetyka

Samochody bez spalin

Telekineza

Strefa wolna od telekinezy

Telepatia

Trzęsienia ziemi

Sejsmograf

Artyfakt

Koncept Dipolarnej Grawitacji

Totalizm

Pasożytnictwo

Karma

Prawa moralne

Nirwana

Dowód na duszę

Wehikuły czasu

Nieśmiertelność

Napędy

Magnokraft

Komora oscylacyjna

Militarne użycie magnokraftu

Tapanui

Nowa Zelandia

Atrakcje Nowej Zelandii

Dowody działań UFO na Ziemi

Fotografie UFO

Chmury-UFO

Bandyci wśród nas

Tornado

Huragany

Katrina

Lawiny ziemne

Zburzenie hali w Katowicach

Ludobójcy

26ty dzień

Petone

Przepowiednie

Plaga

Podmieńcy

WTC

Columbia

Kosmici

UFOnauci

Formalny dowód na istnienie UFO

Zło

Antychryst

O Bogu naukowo

Dowód na istnienie Boga

Metody Boga

Biblia

Wolna wola

Prawda

Dr Pająk portfolio

O mnie (dr inż. Jan Pająk)

Starsze "o mnie"

Poszukuję pracy

Aleksander Możajski

Świnka z chińskiego zodiaku

Zdjęcia ozdobnych świnek

Radości po 60-tce

Kuramina

Uzdrawianie

Owoce tropiku

Owoce w folklorze

Postępowanie z żywnością

Ewolucja ludzi

Wszystko-w-jednym

Grecka klawiatura

Rosyjska klawiatura

Rozwiązanie kostki Rubika 3x3=9

Rozwiązanie kostki Rubika 4x4=16

Playlisty Jana (tylko pod "Google Chrome")

Instrukcja do playlist

Wrocław

Malbork

Milicz

Bitwa o Milicz

Św. Andrzej Bobola

Liceum Ogólnokształcące w Miliczu

Klasa Pani Hass z LO Milicz

Absolwenci PWr 1970

Nasz rok

Wykłady 1999

Wykłady 2001

Wykłady 2004

Wykłady 2007

Wieś Cielcza

Wieś Stawczyk

Wszewilki

Zwiedzaj Wszewilki i Milicz

Wszewilki jutra

Zlot "Wszewilki-2007"

Unieważniony Zjazd "2007"

Poprzedni Zlot "2006"

Raport Zlotu "2006"

Korea

Hosta

Lepsza ludzkość

Pająk do sejmu NZ 2014

Pajak na Prezydenta 2015

Pajak na Prezydenta 2020

Pajak dla prezydentury 2020

Partia totalizmu

Statut partii totalizmu

FAQ - częste pytania

Replikuj

Memoriał

Sabotaże

Skorowidz

Menu 2

Menu 4

Źródłowa replika strony menu

Tekst [11] w PDF

Tekst [10] w PDF

Tekst [8p/2]

Tekst [8p]

Tekst [7]

Tekst [7/2]

Tekst [7b]

Tekst [6/2]

[5/4]: 1, 2, 3

Tekst [4c]: 1, 2, 3

Tekst [4b]

Tekst [3b]

Tekst [2]

[1/3]: 1, 2, 3

X tekst [1/4]

Monografia [1/4]:
P, 1, 2, 3, E, X

Monografia [1/5]



(English here:)

Healing

Source replica of this page

Tropical fruit

Korea

Hosta

New Zealand

Nirvana

26th day

Plague

Evolution

Immortality

Solar energy

Free energy

Telekinetic cell

Sonic boiler

Telekinetics

Zero pollution cars

Telekinesis

Telekinesis Free Zone

Telepathy

Earthquake

Seismograph

Artefact

Concept of Dipolar Gravity

Totalizm

Parasitism

Karma

Moral laws

Nirvana

Proof of soul

Time vehicles

Immortality

Propulsion

Magnocraft

Oscillatory Chamber

Military use of magnocraft

Tapanui

New Zealand

New Zealand attractions

Evidence of UFO activities

UFO photographs

Cloud-UFOs

Bandits amongst us

Tornado

Hurricanes

Katrina

Landslides

Demolition of hall in Katowice

Predators

26th day

Petone

Prophecies

Plague

Changelings

WTC

Columbia

Aliens

UFOnauts

Formal proof for the existence of UFOs

Evil

Antichrist

About God

Proof for the existence of God

God's methods

The Bible

Free will

Truth

About me (Dr Eng. Jan Pajak)

Old "about me"

My job search

Aleksander Możajski

Pigs from Chinese zodiac

Pigs Photos

Healing

Tropical fruit

Fruit folklore

Food handling

Evolution of humans

All-in-one

Greek keyboard

Russian keyboard

Solving Rubik's cube 3x3=9

Solving Rubik's cube 4x4=16

Jan's playlists (only under "Google Chrome")

Instruction of playlists

Wrocław

Malbork

Milicz

Battle of Milicz

St. Andrea Bobola

Village Cielcza

Village Stawczyk

Wszewilki

Wszewilki of tomorrow

Korea

Hosta

1964 class of Ms Hass in Milicz

TUWr graduates 1970

Lectures 1999

Lectures 2001

Lectures 2004

Lectures 2007

Better humanity

Pajak for parliament 2014

Pajak regarding 2017

Pajak for parliament 2017

Party of totalizm

Party of totalizm statute

FAQ - questions

Replicate

Memorial

Sabotages

Index of content with links

Menu 2

Menu 4

Source replica of page menu

Text [11] in PDF

Text [8e/2]

Text [8e]

Text [7]

Text [7/2]

Text [6/2]

Text [5/3]

Figs [5/3]

Text [2e]

Figures [2e]: 1, 2, 3

Text [1e]

Figures [1e]: 1, 2, 3

X text [1/4]

Monograph [1/4]:
E, 1, 2, 3, P, X

Monograph [1/5]


(По русски:)

Бог

Меню 2

Меню 4

Peпликa иcтoчникa этoй cтрaницы

Клавиатура


(Ελληνικά εδώ:)

Θεός

Επιλογές 2

Επιλογές 4

Αντίγραφο πηγής αυτής της σελίδας

Πληκτρολόγιο


(Hier auf Deutsch:)

Dr Pająk portfolio

Freie Energie

Telekinesis

Moralische Gesetze

Totalizm

Über mich

Menu 2

Menu 4

Quelreplica dieser Seite


(Aquí en espańol:)

Energía libre

Telekinesis

Leyes morales

Totalizm

Sobre mí

Menu 2

Menu 4

Reproducción de la fuente de esta página


(Ici en français:)

Énergie libre

Telekinesis

Lois morales

Totalizm

Au sujet de moi

Menu 2

Menu 4

Reproduction de source de cette page


(Qui in italiano:)

Energia libera

Telekinesis

Leggi morali

Totalizm

Circa me

Menu 2

Menu 4

Replica di fonte di questa pagina




Menu 2:

(Przesuwne)

Oto wykaz wszystkich stron które powinny być dostepne pod niniejszym adresem (tj. na tym serwerze), w zestawieniu językowym - w 8 językach. Jest on częściej aktualizowanym powtórzeniem stron zestawionych też w "Menu 1". Wybierz poniżej interesującą Cię stronę manipulując suwakami, potem kliknij na nią aby ją uruchomić:

Tu powinna być wyświetlona strona menu2.htm.

(Ten sam wykaz daje się też wyświetlić z "Menu 1" poprzez kliknięcie tam na "Menu 2".)



Menu 3: (Alternatywne adresy internetowe tej strony, np.:)

(Na płatnych serwerach:)

totalizm.pl

energia.sl.pl

totalizm.com.pl

pajak.org.nz

(Na darmowym hostingu z FTP:)

cielcza.cba.pl

magnocraft.site88.net

quake.hostami.me

tornados2005.narod.ru

geocities.ws/immortality

(Stare i już NIE aktualizowane:)

dhost.info/nirvana

morals.mypressonline.com

telekinesis.esy.es

extraordinary.biz.ly

pigs.20megsfree.com

prawda.20fr.com

prism.20fr.com

totalizm.20fr.com

totalism.50megs.com

ufonauci.w.interia.pl




Menu 4:

(Przesuwne)

Oto wykaz adresów wszystkich totaliztycznych witryn działających w dniu aktualizacji tej strony. Pod każdym z owych adresów powinny być dostępne wszystkie totaliztyczne strony wyszczególnione w "Menu 1" i "Menu 2", włączajac w to również ich odmienne wersje językowe (tj. wersje w językach: polskim, angielskim, niemieckim, francuskim, hiszpańskim, włoskim, greckim i rosyjskim). Najpierw więc w poniższym okienku wybierz adres serwera z każdego masz zamiar skorzystać manipulując suwakami, potem kliknij na jego adres, kiedy zaś otworzy się strona reprezentująca ów serwer wówczas wybierz sobie z "Mednu 1" lub z "Menu 2" interesującą cię stronę i kliknij na nią aby ją uruchomić i przeglądnąć:

Tu powinna być wyświetlona strona menu.htm.

(Niniejszy wykaz daje się też wyświetlić z "Menu 1" poprzez kliknięcie tam na "Menu 4".)


WSTĘP:
Jeśli rozglądniemy się dookoła wówczas odnotujemy, że coraz więcej ludzi zaczyna dostrzegać istnienie całego szeregu odmiennych zasad leczenia chorób. Tylko jedna z nich to owe wszystkim znane tzw. "ortodoksyjne" metody leczenia stosowane przez dzisiejszych medycznie wyedukowanych lekarzy. Inne obejmują "naturalne" sposoby przywracania zdrowia stosowane przez naszych przodków, ponadto tzw. "medycyny alternatywne", leczenie wiarą, leczenie ziołami, itp. Powodów dla tego dryftowania zainteresowania ku poza-ortodoksyjnym metodom leczenia prawdopodobnie jest aż wiele. Aby wymienić tutaj kilka, to zapewne należą do nich wzrost kosztów wizyt u lekarza i kosztów lekarstw, wzrost liczby przypadków nastawienia lekarzy raczej na zysk niż na dobro pacjentów, generalne rozczarowanie społeczeństwa do długoterminowych następstw nowoczesnych medykamentów (np. pojawienia się "super-bugs" odpornych na antybiotyki), celowo "nałogowe" ukierunkowywanie nowoczesnych lekarstw - tj. owe nowoczesne medykamenty zamiast być nastawione na wyleczenie danej choroby faktycznie mają na celu zmuszenie chorych do ich zażywania porzez całą resztę życia a w ten sposób do przekierowywania swych dochodów na zaspokajanie zachłanności koncernów farmaceutycznych, stopniowy spadek poziomu akademickiego oraz eliminowanie nauczania etyki i moralności na uczelniach kształcących lekarzy, sztywność poglądów większości lekarzy i ich brak gotowości do badania alternatywnych metod leczenia, fakt że jeśli naturalne metody leczenia nie pomogą w danej sprawie, wówczas zwykle także i nie zaszkodzą (podczas gdy większość nowoczesnych metod leczenia zwykle wprowadza sobą nieodwracalne i wysoce niekorzystne następstwa uboczne), oraz wiele więcej. Wychodząc więc naprzeciw tym tendencjom, niniejszym opisuję tutaj cały szereg co ciekawszych metod naturalnego leczenia z jakimi zetknąłem się dotychczas w swoich podróżach po świecie "za chlebem". Ja osobiście nie dokonywałem badań skuteczności owych metod, nie wypowiadam się więc na temat owej skuteczności. Niemniej niniejsza strona wcale NIE jest zamierzona jako podręcznik medycyny ani jako poradnik na temat metod uzdrawiania, a jedynie jako zestaw folklorystycznych ciekawostek przeznaczonych do poczytania przez tych co się nimi interesują i zechcą się dowiedzieć na czym one polegają.



Część #A: Informacje wprowadzające tej strony:

      

#A1. Jakie są cele tej strony:

       Na niniejszej stronie chciałbym zaprezentować naturalne metody leczenia najbardziej pospolitych dolegliwości. Metody te zaczerpnięte są albo z folkloru najróżniejszych narodów, alb też z ustaleń filozofii totalizmu.


#A2. Odnotujmy że "w świecie rządzonym przez Boga" choroby i ich leczenie są czymś drastycznie odmiennym niż choroby i leczenie "w świecie pozbawionym Boga":

Motto: "W świecie rządzonym przez Boga choroby stają się 'narzędziami Boga', zaś ich uleczenie sprowadza się do spełnienia wszystkich wymagań jakich wdrożenia w życie Bóg właśnie po nas się spodziewa."

       "Kluczem do wiedzy" okazuje się umiejętność zadawania "właściwych pytań". Przez wyrażenie "właściwe pytania" rozumie się przy tym pytania które w oceanie niewiedzy i konfuzji jaki nas otacza potrafią wskazać kierunek w jakim ukrywa się poszukiwane przez nas "ziarenko prawdy". Wszakże "bez poznania prawdy NIE ma postępu" - o czym z naciskiem naucza nas "filozofia totalizmu" (po szczegóły patrz punkt #F1 na stronie o nazwie totalizm_pl.htm). Zadajmy więc takie "właściwe pytanie" w sprawie która żywotnie interesuje każdego - tj. w sprawie zdrowia. Brzmi ono "dlaczego ludzkość wypracowała i używa aż tak ogromną ilość najróżniejszych metod efektywnego leczenia?". Wszakże oprócz metod leczenia używanych przez tzw. "ateistyczną medycynę ortodoksyjną", czyli przez medycynę jaka jest oficjalnie nauczana na dzisiejszych uczelniach i oficjalnie praktykowana w dzisiejszych szpitalach, mamy jeszcze dziesiątki innych zupełnie odmiennych, chociaż równie skutecznych, metod leczenia. Aby wymienić tutaj choćby tylko kilka ich przykładów, to mamy także "cudowne uleczenia", następujące np. po właściwie sfrmułowanych modlitwach (np. po mdlitwach spełniających wymogi opisane w punkcie #G7 strony nazwie will_pl.htm), czy w najróżniejszych religijnych miejscach. Mamy także "medycyną orientalną" (np. tą praktykowaną w Chinach czy w Indiach) - jaka leczy zupełnie odmiennymi metodami niż dzisiejsza "ateistyczna medycyna ortodoksyjna" (np. jaka używa tzw. "akupunkturę"). Ponadto mamy całe tuziny najróżniejszych innych zasad i metod leczenia, począwszy od "homeopatii" i "kładzenia rąk", poprzez "leczenie kolorami" i "leczenie hipnozą", a skończywszy na najróżniejszych metodach "leczenia energiami" ("reiki", "chi") czy "leczenia bezkrwawymi operacjami". Jeśli więc się przeanalizuje uważnie dlaczego istnieje aż tak duża liczba zupełnie odmiennych metod efektywnego leczenia, wówczas się okazuje, że powodem jest iż "dotyczasowe zrozumienie przez ludzi 'czym są choroby' i 'co powoduje zachorowania' musi być błędne". Wszakże dotychczas przez "choroby" ludzie rozumieli jakiś rodzaj "zepsuć" czy "uszkodzeń" jakie pojawiają się przypadkowo w budowie lub w działaniu ludzkiego organizmu. Tak też choroby definiuje oficjalnie dzisiejsza "ateistyczna medycyna ortodoksyjna" - tyle że w swoich definicjach używa ona "bardziej naukowo brzmiących słów i wyrażeń". Powyżej opisane fakty ujawniają nam jednak, że "choroby" oraz "zachorowania" faktycznie są czymś zupełnie innym. Rozważmy więc teraz, czym one naprawdę są.
       W 1985 roku narodziła się odmienna nauka którą można nazwać "nauką totaliztyczną". Bazuje ona bowiem na ustaleniach relatywnie nowej filozofii zwanej filozofią totalizmu (tj. tej pisanej przez literę "z", a NIE przez literę "s"). Więcej informacji na temat tej nowej nauki, jej fundamentów filozoficznych i naukowych, oraz jej roli w dzisiejszym i przyszłym świecie, czytelnik znajdzie m.in. w punkcie #C1 strony o nazwie telekinetyka.htm, punkcie #B1 strony o nazwie tornado_pl.htm, czy punkcie #A2.6 strony o nazwie totalizm_pl.htm. Ta nowa nauka patrzy na choroby i ich leczenie, a także praktycznie na wszystko inne co nas otacza, z zupełnie odmiennego punktu widzenia niż czyni to dotychczasowa (stara) tzw. "ateistyczna nauka ortodoksyjna". (Owa stara "ateistyczna nauka ortodoksyjna", to ta narazie ciągle "monopolistyczna" oficjalna nauka, której uczymy się w szkołach i na uczelniach.) Mianowicie, ta nowa "nauka totaliztyczna" stwierdza że w świecie rządzonym przez Boga choroby wcale NIE są rodzajami "zepsuć" następujących w ludzkich organizmach, a są "narzędziami Boga" z pomocą których Bóg tak wpływa na zachowania ludzi, aby móc osiągać swoje cele i realizować swoje zamiary. Innymi słowy, owa nowa "nauka totaliztyczna" nam wyjaśnia, że choroby jakie nas nachodzą wcale NIE wynikają z powodów które wmawia nam owa stara "ateistyczna nauka ortodoksyjna". (Przykładowo, choroby wcale NIE wynikają z takich czynników jak nasz tryb życia, zimno i losy jakie doświadczamy, zarazki i chorzy z jakimi się stykamy, potrawy jakie jemy, itp. - chociaż aby zachować naszą tzw. "wolną wolę" Bóg zawsze powoduje że choroby wykazują bezpośredni związek z tymi czynnikami i ujawniają sobą atrybuty które jakoby wynikają właśnie z tychże czynników - po lepsze zrozumienie tego faktu patrz np. punkt #G2 na niniejszej stronie, czy punkt #C2 na odmiennej stronie o nazwie tornado_pl.htm.) Faktycznie bowiem choroby są nam celowo zadawane przez Boga np. aby wytestować nasze prawdziwe wierzenia, albo aby spowodować zmianę naszych zachowań czy poglądów na życie, aby zwiększyć naszą wiedzę, determinację, czy nasze oddanie się jakiejś sprawie, aby eliminować zastój i indukować postęp wiedzy, itd., itp. Stąd aby wyleczyć trapiące nas choroby, przede wszystkim musimy spełnić warunki i wymogi jakie Bóg nałożył na owo wyleczenie (tylko jednym z których to warunków i wymogów jest włożenie przez nas wymaganej przez Boga ilości naszego wysiłku, cierpliwości i wiedzy w znalezienie właściwej metody leczenia i w zrealizowanie właściwego procesu leczenia). To z tego powodu medykamenty i metody leczenia które były skuteczne dla innych ludzi, wcale NIE muszą okazać się skuteczne w naszym własnym przypadku.
       Jeśli faktycznie choroby oraz procesy ich leczenia są "narzędziami Boga", wówczas nowa "nauka totaliztyczna" jest w stanie wypracować i wskazać ludziom znacznie doskonalsze i zdecydowanie efektywniejsze metody leczenia i zapobiegania owych chorób, niż była to w stanie uczynić tamta stara "ateistyczna nauka ortodoksyjna" z jej wysoce ograniczonymi i skostniałymi poglądami. (Po przykłady owych nowych metod "totaliztycznej nauki" do leczenia i zapobiegania chorób - patrz punkty #G2 i #F5 na niniejszej stronie.) Wszakże nowa "nauka totaliztyczna" naukowo bada Boga. Stopniowo poznaje więc ona, oraz ujawnia wszystkim zainteresowanym osobom, jakie są cele Boga, jakimi metodami Bóg osiąga owe cele, jak wykorzystać naszą znajomość celów i metod Boga np. do szybszego i pewniejszego odzyskiwania zdrowia, itd., itp. Przykładowo, już do chwili obecnej ta nowa "nauka totaliztyczna" ustaliła że aczkolwiek lekarstwa jakie używamy i metody leczenia jakie stosujemy są istotnym składnikiem leczenia lub zapobiegania chorób, ciągle jednak są one (1) tylko jednym z wielu odmiennych wymagań, warunków, testów i zasad z jakimi Bóg nas konfrontuje za pośrednictwem chorób. Inne z nich, niemal równie istotne jak owe medykamenty i metody leczenia, obejmują przykładowo (2) moralność jaką w swym życiu praktykujemy, (3) nasze wierzenia, (4) obraz samych siebie jaki wytworzyliśmy swoim postępowaniem w umysłach i oczach innych ludzi, (5) przydatność tego co czynimy dla celów i intencji Boga, itd., itp. Według nowej "nauki totaliztycznej", nasze leczenie i zapobieganie chorób musimy zacząć także ukierunkowywać i na spełnianie owych innych wymagań i zasad Boga.
       Oczywiście, w tym miejscu czytelnik zapewne zaczyna się zastanawiać czy my faktycznie żyjemy "w świecie zarządzanym przez Boga" - tak jak to nam udowadnia naukowo nowa "nauka totaliztyczna", czy też żyjemy "w świecie pozbawionym Boga" - tak jak nam to wmawia (bez zaprezentowania żadnych dowodów) stara "ateistyczna nauka ortodoksyjna". Wszakże podane uprzednio "totaliztyczne" zrozumienie chorób i ich leczenia jest ważne tylko dla świata rządzonego przez inteligentnego Boga. Niestety, pewności co do tego "w ktorym świecie my żyjemy?" NIE można nikomu podarować w prezencie, a każda osoba musi sama sobie na nią zapracować własnym wysiłkiem i poszukiwaniami - patrz punkt #B1 na stronie o nazwie soul_proof_pl.htm. Jedynym więc sposobem jakim w tej sprawie ja mogę dopomóc czytelnikowi, to wskazać mu literaturę do osobistego przestudiowania, oraz linię myślenia do osobistego przeanalizowania. I tak przykładowo, aż kilka totaliztycznych stron nam wyjaśnia, że "świat rządzony przez Boga" musi się zdecydowanie różnić od "świata bez Boga" - po przykłady tych różnic patrz np. punkty #B1 do #B4 na totaliztycznej stronie o nazwie changelings_pl.htm. Z kolei owe różnice obu światów są w dzisiejszych czasach ciągle wystarczająco znaczące aby każdy racjonalnie myślący człowiek był w stanie je rozpoznać (odnotuj jednak, że aby utrzymywać u ludzi "wolną wolę", z upływem czasu Bóg będzie stopniowo eliminował niektóre z owych różnic). Z kolei kilka innych totaliztycznych stron wskazuje naukowe dowody iż na przekór wszystkiego Bóg jednak istnieje - tyle że dla zachowania ludzkiej tzw. "wolnej woli" Bóg zmuszony jest ukrywać przed nami fakt swego istnienia (po przykłady owych naukowych dowodów na istnienie Boga - patrz strona o nazwie god_proof_pl.htm).
       Problem dzisiejszych czasów polega jednak na tym, że faktycznie to ani religia, ani oficjalna nauka, NIE dokonuje naukowych badań Boga. (Dopiero owa nowa "nauka totaliztyczna" podjęła takie badania.) Wszakże przykładowo każda religia polega tylko na tym co Bóg sam na swój temat przekazał jej wyznawcom z pomocą najróżniejszych "nadprzyrodzonych objawień". Tymczasem Bóg ma tysiące powodów aby przekazać ludziom na swój temat tylko najbardziej niezbędne im minimum - przykładowo objawienie ludziom zbyt dużo na Jego temat popierałoby lenistwo i zniechęcałoby do samodzielnych poszukiwań wiedzy oraz prawdy o Bogu. Stąd na przekór istnienia przez tysiące lat, religie faktycznie niemal nic NIE wiedzą na temat Boga. Wiedza religii na temat Boga daje się obrazowo porównywać do wiedzy powstałej u jakiegoś prymitywnego "buszmena" spoza zasięgu cywilizacji, po pokazaniu mu telewizora. Taki "buszmen" dostrzegłby bowiem tylko to co ukazałoby się mu na ekranie telewizora. Nie byłby on jednak w stanie zrozumieć jaka jest zasada działania tegoż telewizora, jakie zjawiska ów telewizor wykorzystuje, jakie fizyczne mechanizmy i obwody realizują tą zasadę działania, jak telewizor ten powstał, itd., itp. Podobnie jest z religią i z Bogiem. Mianowicie, Bóg jest nieporównanie bardziej skomplikowany niż telewizor z powyższego przykładu. Jednak zamiast próbować poznawać jak Bóg działa oraz jakie są cele i metody Boga, religie skupiają się jedynie na poznawaniu tego co pokazane im zostało "na ekranie". Tymczasem aby naprawdę zrozumieć Boga, oraz aby w końcu zacząć żyć w harmonii z Bogiem i korzystać z Jego dobrodziejstw, trzeba poznać naukowo znacznie więcej niż jedynie "nadprzyrodzone objawienia". Z kolei stara dotychczasowa "ateistyczna nauka ortodoksyjna" zupełnie neguje swoimi fundamentami filozoficznymi fakt istnienia Boga i nawet NIE próbuje Go badać i poznawać - co wyjaśniam dokładniej np. w punkcie #F1.1 totaliztycznej strony o nazwie god_istnieje.htm. W rezultacie, na przekór dzisiejszej rzekomej wiedzy i zaawansowania technicznego, ludzkość faktycznie ciągle NIE wie niemal NIC na temat Boga. Gdyby więc ludzie spotkali na ulicy tzw. "cielesną reprezentację Boga", a nawet gdyby rozmawiali z taką "cielesną reprezentacją Boga" czy pracowali z nią przez całe lata w tej samej instytucji, ciągle by NIE potrafili rozpoznać kim jest osoba którą napotkali i/lub z którą rozmawiają. W tej sytuacji pojawia się więc pilna potrzeba aby ludzkość zaczęła w końcu podążać drogą którą jej wskazuje nowa "nauka totaliztyczna". Autor ma tu nadzieję, że treść niniejszej strony przyczyni się do zrozumienia i podjęcia tej drogi chociaż przez kilku następnych co bardziej racjonalnie myślących czytelników. Jeśli i Ty czytelniku znajdziesz się w ich gronie, wówczas "gorąco witam cię" w nieustannie rosnącej liczbie zwolenników i praktykujących formalną wersję filozofii totalizmu.
       Zdrowie jest tą częścią ludzkiego życia, co do której każda osoba jest zmuszona wykazywać wysoką aktywność i zainteresowanie. Z tego powodu z jednej strony doskonale nadaje się ono na "narzędzie z pomocą którego można kierować ludzi ku prawdom jakie powinni oni zgłebiać i poznawać". Z drugiej zaś strony zdrowie jest obszarem w którym ludzie bardzo rzadko będą unikali poznania prawdy z powodu swej arogancji, pruderii, czy nacisku innych osób. Dlatego w zakresie zdrowia i leczenia prawda najszybciej przebija się przez mur ludzkiej głupoty i inercji myślenia. Wszakże jeśli jakieś nowe odkrycie pozwala nam leczyć efektywniej i pewniej trapiące nas choroby, wówczas rzadko który z chorych potrafi się oprzeć jego użyciu. Z tego wynikają więc zalety i znaczenie opisywanego tu odkrycia "totaliztycznej nauki", że "choroby leczone są NIE przez lekarstwa, a przez Boga" - aczkolwiek podejmowanie zdecydowanego leczenia i zażywanie lekarstw jest jednym z wymogów które typowo muszą być spełnione zanim Bóg udziela komuś wyleczenia. Wszakże odkrycie to wskazuje ludziom gdzie kryją się metody znacznie efektywniejszego i pewniejszego niż dotychczas leczenia chorób. Przykłady takich nowych metod nauka ta nawet jest w stanie wskazać już obecnie - co czyni właśnie z pomocą niniejszej strony.


Część #B: Owoce jako naturalne remedy używane przez różne narody:

      

#B1. Polewka z tapioki na biegunkę:

       Tapioca (czytaj "tapioka") wcale nie jest owocem. Jest ona rodzajem jadalnego korzenia, czyli jakby tropikalną odmianą naszego buraka czy marchwi pastewnej. Niemal jedyne co ją łączy z tropikalnymi owocami, to fakt że na targowiskach z tropikalnych krajów owa "tapioca" sprzedawana jest zwykle na tych samych straganach na których sprzedają tam owoce. Tropikalny korzeń "tapioca" ma jednak jedną zasadniczą zaletę, która zadecydowała że go tak dokładnie opisuję na niniejszej stronie. Mianowicie tapioca jest w stanie zaoszczędzić nam wielu cierpień. W sposób niemal natychmiastowy leczy ona bowiem nawet najsilniejszą biegunkę. Biegunka zaś w krajach tropikalnych jest jednym z nazacieklejszych wrogów Europejczyków. Można ją tam dostać praktycznie od wszystkiego, np. od wypicia nieprzegotowanej wody, od użycia miejscowego lodu, od nalania wypijanego napoju do szklanki umytej przez miejscowych, a nawet od zjedzenia owocu który został rozkrojony kilka godzin wcześniej (dlatego Europejczycy nie powinni jeść w tropiku owoców, które nie zostały rozkrojone w ich obecności, znaczy tuż przed zjedzeniem). W tropiku zaś mikroorganizmy które powodują biegunkę są ogromnie złośliwe. Kiedyś potrafiły one nawet uśmiercić nieostrożnego przybysza z Europy. Jeśli więc dostanie się tam biegunki, wówczas niemal wyrywa ona z nas wnętrzności. Dokumentnie też psuje nasz pobyt w tropiku. Wszakże po jej dostaniu, praktycznie całą resztę swoich wakacji, a także całą drogę powrotną w samolocie, zwykle spędza się później w toalecie. Wobec tropikalnej biegunki, europejskie nowoczesne medykamenty są też niemal zupełnie bezradne. Nie są jej w stanie wyleczyć. Ale tapioca może. Ja osobiście zawdzięczam korzeniowi tapioca wiele zaoszczędzonych cierpień, jeśli nie wiele pobytów w szpitalu, a być może nawet ocalone życie. Sporo bowiem razy podczas mich profesur w tropiku miałem paskudne zatrucia pokarmowe i okropnie silne biegunki. W jednym przypadku rozważałem już nawet napisanie testamentu. Jednak tapioca zawsze w końcu je leczyła i to w mgnieniu oka. Dlatego piszę tutaj o tym życiodajnym korzeniu. Warto bowiem aby wszyscy poznali jej życiodajne własności.
       Jeśli ja sam w tropiku dostaję biegunki, wówczas natychmiast staram się uczynić co następuje. Najpierw udaję się na najbliższe targowisko z owocami i warzywami oraz zakupuję tam sobie jeden korzeń tapioca o średniej wielkości (tj. około 1 kg). Po powrocie do miejsca zamieszkania obieram tapioca z zabrudzonej glebą skóry - tak jak normalnie czynię to z ziemniakami, kroję ją na mniejsze części - tak jak to czynię z ziemniakami przed gotowaniem, a następnie wkładam ją do garnka z wodą (też tak jak to czynię przy gotowaniu ziemniaków) oraz solę do smaku. Potem tapiokę tą gotuję w wodzie aż się rozgotuje w rodzaj płynnej, gęstej, galaretowatej zupy. (W dawnych czasach polscy kucharze ten rodzaj zupy nazywali "polewka". Po dodaniu do niej kilku przypraw i odrobiny śmietany, zupa ta może nabrac naprawdę doskonalego smaku. Oczywiście, dla wyleczenia biegunki, wcale nie trzeba jej czynić aż tak smakowitą, a wystarczy że do korzenia tapioca doda się jedynie wody i soli.) Po sprawdzeniu że "polewka" ta jest dosolona do smaku (jeśli nie, wówczas ją dodatkowo dosalam), wypijam ją jak zupę, wyjadając równocześnie nierozgotowane resztki tapioca które ostały się po ugotowaniu. (Normalnie owa polewka i nierozgotowana reszta tapioki okazują się mieć bardzo przyjemny smak - chyba że ją albo przesoliłem, albo zapomniałem posolić.) Aby skutecznie wyleczyć biegunkę potrzebuję wypić i zjeść około pół litra tej gęstej polewki z kawałkami tapioca, czyli skonsumować jej objętościowy odpowiednik dla jednego typowo jedzonego przez siebie posiłku. W krótkim czasie po tym wypiciu polewki i zjedzeniu stałej tapioki, moja biegunka zanika "jakby ktoś ją ręką odjął". Dla upewnienia się że wyleczenie jest trwałe, po kilku godzinach - kiedy ponownie zgłodnieję, powtarzam zabieg jedzenia i picia podobnej ilości polewki i kawałków tapioca.
       Oczywiście, Anglicy mają powiedzenie "prevention is better than cure" (tj. "zapobieganie jest lepsze od leczenia"). W tropiku lepiej więc zapobiegać zatruciu pokarmowemu, niż je potem leczyć. Zapobiegać zaś mu można poprzez pozostawanie bardzo ostrożnym co się tam je i pije. Przykładowo, na przekór że każdego roku spędzam swoje wakacje właśnie w tropiku, oraz że objadam się tam i zapijam miejscowymi łakociami do woli, ja osobiście nie miałem już tam zatrucia pokarmowego ani biegunki od czasu gdy przyjąłem zasadę że jem tam i piję tylko to o czym logika mi podpowiada że jest to sterylne. Znaczy: (1) jem tam tylko to co wiem że zostało zagotowane lub upieczone tuż przed podaniem mi do zjedzenia, (2) upewniam się aby jeść tylko owoce które zostały otwarte lub rozkrojone tuż przed jedzeniem - najlepiej w mojej obecności, (3) nie spożywam miejscowej zimnej wody ani lodu, (4) z lokalnie przygotowanych napoi piję tylko gorące, niedawno zagotowane napoje, napoje butelkowane lub "can'owane", lub też wodę z właśnie otwartych kokosów (o której sterylność zadbała natura - po szczegóły patrz punkt #D1 strony owoce tropiku). Owe proste zasady, połączone z pedantycznym utrzymywaniem higieny i czystości poprzez np. dokładne mycie rąk przed jedzeniem, mycie zjadanych owoców, wyparzanie czy choćby tylko wycieranie serwetką naczyń i stojadeł przed użyciem, skutecznie chronią przed zatruciem i kłopotami żołądkowymi.
* * *
       Ja od dłuższego już czasu staram się sfotografować tapioca i pokazać jej wygląd na swoich stronach internetowych. Pechowo jednak zawsze z jakichś powodów mi się to nie udaje. Dlatego tutaj tylko opiszę jej wygląd. Z wyglądu tapioca przypomina europejskiego buraka cukrowego, albo oblepioną błotem ogromną marchew pastewną. Ma ona kształt stożkowy z grubsza przypominający ogromną marchew. Rośnie wszakże pod ziemią tak jak nasza marchew lub buraki. Jest jednak od typowej marchwi znacznie większa. W najszerszym miejscu jej średnica może bowiem przekraczać 10 cm. Jej powierzchnia jest też ciemno-szara tak jak błoto. Pokryta jest bardzo chropowatą ciemno-szarą skórą i zwykle cała oblepiona cieniutkimi korzonkami oraz resztkami gleby w której rosła.
       Chińska nazwa dla tapioca brzmi "mook si", co tłumaczy się jako "kawałek drewna", albo "drewniana belka". Ponieważ tapioca rośnie w glebie jak nasze buraki, dla Chińczyków symbolizuje ona "zakopane drewno" czyli czyjąś "trumnę". Z tego powodu w okolicach ważnych świąt, takich jak np. Chiński Nowy Rok, Chińczycy nie lubią widoku "tapioka". Jej widok traktują wówczas jako "zły omen" sugerujący czyjąś śmierć. W okolicach Chińskiego Nowego Roku, Chińczycy nie sprzedają więc tapioca na swoich straganach. Ponieważ zaś są oni jedynymi którzy sprzedają tą roślinę, zaś ja ostatnio przebywam w tropiku zawsze właśnie w okolicach Chińskiego Nowego Roku, to wyjaśnia dlaczego nie jestem tu w stanie pokazać jej zdjęcia.
       Tapioca jest rośliną tropikalną. W Polsce zapewne nie można jej zakupić w stanie świeżym, aby skorzystać z jej doskonałych własności wyciszania biegunki. Na szczęście wysuszona i sproszkowana tapioca eksportowana jest z krajów tropikalnych do wielu krajów świata (np. do Nowej Zelandii). Tyle że znana jest tam pod nieco inną nazwą. Nazywa się ją tam "krochmalem z tapioki" (po angielsku "tapioca starch"). W Nowej Zelandii taką wysuszoną i sproszkowaną wersję tapioca importowaną z Tailandii zdołałem zakupić pod nazwą "Tapioca Starch" - co na język polski tłumaczy się właśnie jako "krochmal z tapioki". Uczyniłem to kiedy po powrocie z wakacji w tropiku, podczas których zdołałem uchronić się od nawet najlżejszego zatrucia pokarmowego, niespodziewanie dostałem zatrucia i paskudnej biegunki już w Nowej Zelandii po zjedzeniu czegoś w restauracji "Mac Donald". Aby więc po kilku dniach spędzonych w toalecie wyleczyć tą paskudną biegunkę właśnie za pomocą tapioca sprawdzonej już wielokrotnie w działaniu, zacząłem w sklepach nowozelandzkich desperacko poszukiwać tej życiodajnej rośliny. Znalazłem ją w formie "krochmalu z tapioki" (tj. "tapioca starch"). Natychmiast zagotowałem kilka jej łyżek rozpuszczonych w wodzie otrzymując rodzaj galaretowatej zupy, niemal identycznej do owej "polewki" którą otrzymuje się z rozgotowania świeżego korzenia tapioca - jak to wyjaśniłem nieco powyżej w poprzednich opisach. Po wypiciu około pół litra tej "polewki" ponownie biegunka zniknęła "jakby ręką odjął". Czyli ów "tapioca starch" (tj. "krochmal z tapioki") okazał się równie efektywny w leczeniu biegunek jak świeża tapioca. Warto więc wiedzieć o owej życiodajnej cesze korzeni tapioca i krochmalu tapiokowego. Może to bowiem zaoszczędzić nam wielu cierpień i kłopotów.
       Tapioka posiada cały szereg zalet nad metodami leczenia biegunki przez dzisiejszą (oficjalną) medycynę ortodoksyjną. Przykładowo, jej efekty są natychmiastowe i piorunujące. Praktycznie nie znam żadnego innego lekarstwa które leczyłoby biegunkę tak szybko i tak skutecznie jak ona. Jest lekarstwem "naturalnym", dla którego nie odnotowalem aby pozostawialo po sobie jakikolwiek efekt uboczny. (Dla porównania, np. o węglu wiadomo, że posiada cechy rakotwórcze. Jednak ów węgiel jest jednocześnie jednym z "lekarstw" które na biegunkę oferuje nam medycyna ortodoksyjna.) Tapioka wcale też nie smakuje jak lekarstwo, a jak przyjemna "polewka" którą jest w stanie tolerować nawet najwybredniejsze podniebienie.
       Po wzgędem zawartości energetycznej, "tapioca" należy do pożywienia silnie "chłodzącego" ("yin"). W dawnych czasach Chińczycy zalecali umiarkowanie w jego jedzeniu. Zalecali także, aby jego zjedzenie neutralizować zjedzeniem czegoś "rozpalającego" - szczególnie jeśli jedząca osoba jest kobietą. Jednak w dzisiejszych czasach nadmiernego objadania sie przez ludzi jadłodajniową żywnością o "rozpalającym" (yang) charakterze, to stare zalecenie wcale nie musi być już tak pedantycznie przestrzegane. Wszakże zwykle nasz organizm otrzymuje właśnie nadmiar potraw typu "yang".
       Proszę odnotować, że lecznicze własności tapioka opisane są również na stronie internetowej owoce tropiku, oraz krótko wspomniane na stronie o wsi Wszewilki.

Fot. #B1a

Fot. #B1a: Przykład pojedynczego korzenia tapioka. Po chińsku korzeń ten jest nazywany "mook si", co dosłownie można tłumaczyć jako "drewniana belka" albo "kawałek drewna". Z kolei Malejowie nazywają go "ubi kayu" co dosłownie można tłumaczyć jako "drewniany ziemniak". Polewka ugotowana z owego korzenia jest dokonałym lekarstwem wstrzymującym biegunki (najlepszym z dotychczas mi znanych takich lekarstw). Zmielony i wysuszony miąsz tego korzenia stanowi doskonałą "mączkę krochmalową z tapioki", po angielsku zwaną "Tapioca Starch".

Fot. #B1b

Fot. #B1b: Przykłady całego szeregu korzeni tapioka. Takie stosy korzeni tapioka można znaleźć na targiowiskach z tropikalnych krajów, np. w Malezji.


#B1.1. Leczenie biegunki wodą z ugotowania brązowego ryżu:

       Leczenie biegunek krochmalem z tapioka NIE jest korzystne dla każdego. Przykładowo, osoby chore na cukrzycę NIE powinny spożywać krochmalu, bo w organiźmie ludzkim krochmal jest zamieniany m.in. na cukier. Na szczęście istnieją też poza-krochmalowe receptury leczenia biegunki. Jedną taką staro-indyjską recepturę przytaczam poniżej. Stwierdza ona:
       Zakup około pół kilograma brązowego ryżu zwanego parboiled rice. ("Parboiled rice" jest to brązowy ryż, który przeszedł specjalny proces preparacyjny. W procesie tym, kiedy ryż ciągle jest jeszcze w "łuskach", poddaje się go częściowemu ugotowaniu (sparzeniu) gorącą parą. Potem, już po wydobyciu go z "łusek", nadal pozostawia się na nim "plewy". W rezultacie, jest on jakby ryżowym odpowiednikiem dla europejskiego "chleba razowego".) Ryż ten można kupić np. w niemal każdym sklepie z indyjskimi przyprawami i produktami żywnościowymi. Ugotuj ten ryż razem z dużą ilością wody. Kiedy ryż jest już ugotowany i miękki, odlej (odcedź) z niego wodę i pij tę wodę tak często jak tylko możesz.


#B2. Leczenie przewlekłego kaszlu tropikalnymi owocami "nangka" ("jackfruit"):

       W punkcie #F3 strony o nazwie malbork.htm, oraz w punkcie #H3 strony o nazwie fruit_pl.htm - o owocach tropiku, opisane jest ludowe wierzenie z Malezji, że jedzenie surowych i niemytych tropikalnych owoców lokalnie tam zwanych "nangka" (po angielsku zaś zwanych "jackfruit") leczy chroniczne i przewlekłe kaszle. Osobiście faktycznie w 2010 roku uleczyłem swój okropny i przewlekły kaszel poprzez jedzenie tego właśnie owocu.


#B3. Zwiększanie liczebności białych ciałek krwi "sokiem z liści papaya" (które może nawet uratować życie w przypadku choroby zwanej "dengue" lub podczas po-rakowej "chemoterapii"):

       Niektóre choroby, np. mordercza tropikalna choroba zwana "dengue" opisywana w punkcie #B1 strony o nazwie plague_pl.htm, a także niektóre zabiegi lecznicze, np. po-rakowa tzw. "chemoterapia", powodują raptowne zanikanie białych ciałek krwi. Dlatego w ich przypadkach dobrze jest wiedzieć, że doskonałym lekiem raptownie zwiększającym ilość białych ciałek krwi, jest "sok z liści papaya". Sok ten dosłownie "ratuje życie" coraz większej liczbie ludzi. Więcej informacji o sporządzaniu owego soku, jak również o samych owocach i krzewach papaya, zawarte jest w punkcie #E1 odrębnej totaliztycznej strony o nazwie fruit_pl.htm.


Część #C: Naturalne remedy używane na choroby typu grypa, przeziębienie, ból gardła, katar, itp.:

       Warto odnotować, że większość naturalnych sposobów leczenia opisanych poniżej w tej części strony, opisana została także na stronie internetowej "plaga".


#C1. Nacieranie jajkiem:

       Nacieranie jajkiem, po angielsku: "rubbing eggs", jest to sposób zbijania wysokiej gorączki w dół oraz leczenia ciężkich chorób, używany w dawnych Chinach i poznany przeze mnie z folkloru staro-chińskiego. Ma on działać poprzez przejmowanie przez ugotowane jajko szkodliwej energii danej choroby. Jego zasada działania jest więc podobna do zasady działania akupunktury, tyle że każdy może go zrealizować (nawet chory sam na sobie), bowiem nie potrzeba mieć dla niego wiedzy ani ekwipunku akupunkturysty, a ponadto nie dokonuje się w nim nakłuwania które zwykle zraża ludzi do prawdziwej akupunktury. (Dlatego ten sposób leczenia możnaby nazwać "akupunkturą dla nieprzeszkolonych", albo "tarciową odmianą akupunktury".) Polega on na tym, że piersi chorego, a czasami także i jego plecy, naciera się na gołą skórę dwa razy dziennie świeżo ugotowanym na twardo, ciągle gorącym i specjalnie przygotowanym jajkiem kurzym. Aby jajko przygotować do tego zabiegu, najpierw trzeba je ugotować na twardo i natychmisat po ugotowaniu obrać ze skorupki (kiedy ciągle jest bardzo gorące - im jajko jest gorętsze podczas nacierania tym lepiej). Następnie trzeba szybko wybrać z niego żółtko (nacierania dokonuje się tylko białkiem jajka). W końcu, dla lepszego odbierania energii danej choroby, w miejsce żółtka wstawia się monetę. Chińczycy zalecają że moneta ta ma być srebrna albo miedziana, bowiem te metale najlepiej oddziaływują z energią choroby. Aby jajko się nie rozpadło podczas owego nacierania, owija się je w pojedynczą warstwę cienkiej tkaniny z naturalnego włókna, np. w pieluchę, cienką chustkę do nosa, lub w cienką gazę. Wszystkie te czynności należy wykonywać tak szybko jak się da, aby jajko jak najmniej ostygło. Następnie trzymając za ów materiał w jaki jajko jest zawinięte, naciera się jajkiem piersi chorego. Nacieranie to się kontynuuje aż do momentu kiedy jajko ostygnie. Co mnie w owej metodzie szokuje najbardziej, to że przejmowana energia choroby powoduje w jajku użytym do nacierania trwałe zmiany strukturalne. Przykładowo energia choroby przejęta przez owo jajko od zwykłej gorączki, powoduje że nowa miedziana moneta może całkowicie zostać skorodowana. Z kolei energia groźnej choroby przejęta przez to jajko np. od tyfusu (duru brzusznego) powoduje, że w jajku tym pojawiają się włókna podobne do ptasiego puchu (w przypadku tyfusu owe zmaterializowane w jajku włókna są czarne, inne zaś choroby generują białe włókna).
       Najbardziej niezwykłe w nacieraniu jajkiem jest, że posiada ono wpisany w siebie wskaźnik ujawniający, czy metoda ta jest pomocna na daną dolegliwość. Mianowicie po pierwszym nacieraniu dla danej choroby przeglądamy zawartość jajka. Jeśli w białku znajdziemy jakiś rodzaj puchu, oznacza to że metoda ta leczy którąś z chorób jakie właśnie buszują w naszym ciele i dlatego nacieranie to powinniśmy kontynuować. (Każdy zaś z nas wie jak ugotowane jajko powinno wyglądać, bez trudu odkryje więc w nim puch - jeśli ten tam istnieje.) Jeśli zaś białko po nacieraniu nie zawiera żadnego puchu, wówczas to oznacza że jajko nie przejmuje szkodliwej energii choroby na jaką chcieliśmy go użyć i dlatego nie ma sensu nacierania tego kontynuować dalej dla danej choroby.


#C2. Natarcie i okład z mąki:

       Natarcie i okład z mąki jest również bardzo starym sposobem Chińskim dla eliminowania gorączki i choroby. Polega on na tym, że garść specjalnej mąki zawija się w cienką tkaninę - podobnie jak to czyni się z ugotowanym jajkiem w opisanym powyżej (3a) nacieraniu jajkiem (tyle że mąki się NIE podgrzewa). Następnie owym zawiniątkiem z mąką naciera się gołą pierś gorączkującej osoby. Po natarciu piersi, zawiniątko z ową mąką pozostawia się na środku piersi aby leżało tam przez około 15 minut. Podobnie też jak przy nacieraniu jajkiem, owa mąka absorbuje do siebie szkodliwą energię choroby. W następstwie tego przejęcia energii choroby, w mące pojawia się jakby delikatny puch ptasi - przy niektórych chorobach (np. tyfusie) czarnego koloru (dla normalnej gorączki puch ten jest biały). Zauważ, że obecność lub brak owego puchu, podobnie jak przy nacieraniu jajkiem, też jest tutaj wskaźnikiem czy ta metoda leczenia jest pomocna na daną chorobę. Najskuteczniejsza dla tego zabiegu jest specjalnie w tym celu spreparowana mąka zakupiona w sklapach z tradycyjnymi remedami chińskiej medycyny ludowej (sklepy takie istnieją tylko w krajach o dużej proporcji Chińczyków, np. Chinach, Hong Kongu, Singapore, czy Malezji). Niemniej z jej braku użyć można mąki z tapioca, dokładniej opisanej na stronie internetowej owoce tropiku, oraz krótko wspomnianej również na stronie o wsi Wszewilki.


#C3. Kompot z cebuli:

       Kompot z cebuli jest to staropolski sposób uzdrawiania stosowany w przypadku niektórych chorób, np. kataru. W sposobie tym gotuje się kompot z cebuli. Znaczy kilka cebul pokrojonych na plasterki gotuje się w ponad litrze wody aż cebula staje się miękka. W końcowym etapie gotowania dodaje się cukru do smaku - tak aby ugotowana cebula i woda smakowały jak kompot. Ten przyjemny w smaku kompot zjada się w dużych ilościach - ok. 1 litra przez jednego chorego, kiedy ciagle jeszcze jest gorący. Następnie chorego zawija się w pościel "aby się wypocił". W dawnej Polsce wierzono, że "choroba wychodzi z chorego wraz z potem". (Chińczycy by to wyrazili, że szkodliwa energia choroby usuwana jest z organizmu wraz z potem.)
       Warto tutaj dodać, że najnowszy folklor internetowy przyjmujący formę "łańcuchowych emailów" przyznaje cebulom cały szereg dalszych zdolności leczniczych. Folklor ten może być przeglądnięty w punkcie #C1 po kliknięciu na następujący


#C4. Sauna:

       Medycyna ludowa niektórych krajów, np. Finlandii, zaleca gorącą saunę w chwili kiedy zaczyna nas brać choroba. Gorąca sauna powoduje bowiem u nas wypocenie się. Z kolei z potem wychodzi z nas również i choroba. Ja muszę się przyznać, że raz w życiu skorzystałem z tego sposobu kiedy właśnie ostro brała mnie grypa. (Przy fabryce zapałek w Bystrzycy istniała kiedyś tzw. "sucha sauna" - tj. sauna która dla spowodowania pocenia się używa bardzo gorącego powietrza, a nie pary wodnej.) Po około godzinie spędzonej w owej saunie moja grypa zniknęła "jakby ręką ujął". Niestety, w przypadku plagi byłoby trudno skorzystać z sauny, chyba że mamy prywatną saunę w swoim domu. Niemniej 'komput z cebuli" opisany powyżej w #C3 powoduje niemal ten sam skutek co sauna - tj. indukuje on wypocenie się w naszym własnym łóżku.


#C5. Stawianie baniek:

       Jest to również bardzo stary sposób pozbywania się choroby stosowany w medycynie ludowej całego szeregu krajów, w tym Polski i Chin. Przez nazwę "bańka" rozumie się w nim dowolny hermetyczny przedmiot ukształtowany jak szklanka. W wielu przypadkach do roli owej używa się właśnie szklanek, chociaż widziałem również jak używane były w tym celu stare (puste) "cans" po piwie (tj. metalowe puszki w których wielu producentów piwa i innych napojów rozprowadza obecnie owe napoje). W dawnych czasach istniały również fabrycznie wykonane bańki. Miały one kształt jakby szklanek z zaokrąglonymi dniami (dla łatwiejszego mycia) oraz specjalnie poszerzonymi płaskimi obrzeżami. Owo szerokie płaskie obrzeże zapobiegało przed ich zbyt silnym "wpijaniem" się w skórę, co powodowałoby niepotrzebny ból.
       Aby "postawić bańkę" najpierw zwilżało się wodą jej obrzeże. Potem patyk z nawiniętym na niego kłębkiem waty maczało się w denaturacie i następnie podpalało. Takim zaś palącym się wacikiem (który niemal ociekał denaturatem) obcierało się naokoło wnętrze bańki. Następnie bańkę tą przykładało się do skóry pacjenta jego obrzeżem i podtrzymywało ręką aż sama zassała się ona do skóry. Zawarte w bańce gorące powietrze szybko ostygało, zmniejszając swoją objętość. To zaś powodowało przyssanie się bańki do skóry i wysysanie przez nią naróżniejszych fluidów z chorego ciała.
       Zasada na jakiej owe bańki uzdrawiały, tłumaczona jest dawnym twierdzeniem, że każda choroba to rodzaj szkodliwej energii który opanowuje ciało chorego. Energię tą można więc wyssać siłą z chorego ciała, m.in. poprzez przystawienie baniek. W przeważającej większości przypadków bańki stawia się na plecach chorego niezależnie od umiejscowienia choroby. Jednak eksperci w tej sprawie mają swoje obszary stawiania baniek które posiadają związek z rodzajem choroby jaka jest leczona (tj. używają oni baniek jako rodzaju bezigłowej akupunktury).


#C6. Skrobanie porcelanową łyżką:

       Jest to staro-chiński sposób na zbijanie w dół wysokiej temperatury. Z jego opisu jasno wynika, że NIE nadaje się on dla dziejszych ludzi i to wcale nie ponieważ np. "panadol" jest efektywniejszy, a ponieważ owo "skrobabie porcelanową łyżką" zdaje się być tylko dla masochistów i sadystów. Opisuję go tutaj wyłącznie jako ciekawostkę, jednocześnie zaś upominam aby w żadnym wypadku przypadkiem go NIE próbować, bowiem nasze dzisiejsze ciała nie są już dla niego odpowiednie. Generalnie polegało ono na tym, że w dawnych czasach plecy gorączkującej osoby najpierw nacierało się grubą warstwą oleju aby nadać im wymaganej śliskości. (Zwykle używało się do tego celu jakiegoś pachnącego olejku, np. eukaliptusowego, aby przy okazji namaścić skórę przyjemnym zapachem. Jednak sama zasada działania tego skrobania działała również nawet jeśli użyty został do tego najzwyklejszy olej jadalny.) Następnie plecy te skrobało się albo zaokrągloną krawędzią porcelanowej łyżki (jest to specjalna łyżka przez Chińczyków używana do jedzenia zupy i płynów), albo też zaokrąglonym obrzeżem porcelanowej szklanki. Skrobania przy tym dokonywano długimi równoległymi pociągnięciami przez plecy zawsze poczynając od góry pleców w kierunku ku dołowi (tj. nigdy na boki ani pod górę pleców). Skrobania dokonywano przez tak długo aż całe plecy były zaczerwienione (tj. aż wyglądały niemal jak po postawieniu "baniek" opisanych w poprzednim punkcie). Skrobana w ten sposób osoba w końcowym stadium doznawała dosyć sporego bólu.
       Zasada działania tej metody jest podobna do zasady działania "baniek" opisanych powyżej. Tyle że zamiast usuwać z ciała energię choroby poprzez jej wysysanie bańkami, przy owym skrobaniu tą szkodliwą energię usuwa się poprzez jej wyskrobywanie. Dodatkowym efektem jaki skrobanie to powodowało, było dostarczanie choremu dokładnego masarzu pleców. Czyli działało ono jak rodzaj "aku-pressury", tyle że skierowanej na plecy chorego, a nie na stopy.


#C7. Ludowe metody tropiku dla leczenia kaszlu i przeziębienia:

       Obecnie w tropiku bardzo łatwo się przeziębić. Wystarczy spać w pokoju z włączonym "aircon" (tj. klimatyzorem powietrza), zaś następnego dnia budzimy się z bólem gardła i początkami kataru - po których wkrótce przybywa kaszel i kłopoty z oddychaniem. Sytuację jeszcze pogarsza silne zapylenie powietrza i spaliny samochodowe, które w obecnych czasach zamieniają atmosferę z co większych tropikalnych miast w rodzaj gęstej, lepkiej, śmierdzącej, stacjonarnej chmury, która zadusza i czyni chorym niemal każdego przybywającego do takich miast. Wynik jest taki, że przykładowo w niewielkim osiedlu środmiejskim, w którym zwykle spędzamy z żoną swoje wakacje, jeszcze w 2012 roku istniała tylko jedna apteka. Jednak już w 2014 roku aptek tych naliczyłem się tam aż 10 - każda też z nich była pełna klientów. Sporo też miejscowych znajomych wyraźnie pokaszliwało na spotkaniach z nimi. Inny przyklad, to w 2010 roku przybyłem do tropiku z paskudnym (jakby chronicznym) kaszlem, który nabyłem aż kilka miesięcy wcześniej przebywając ciągle w Nowej Zelandii, poczym wyleczyłem go w przeciągu zaledwie trochę ponad 2 tygodni jedynie jedząc dobre na kaszel owoce "nangka" i pijąc równie uzdrawiającą "wodę kokosową" (oba które to rodzaje tropikalnych owoców mają silne własności lecznicze - tak jak wyjaśniłem to pod "Fot. #F3" ze swej strony o nazwie malbork.htm). Natomiast 22 kwietnia 2014 roku przybyłem do tropiku zupełnie zdrowy, jednak po pierwszej nocy spędzonej w pokoju hotelowym, w którym działał silny "aircon" - jakiego NIE mogłem wyłączyć, złapałem tam silne przeziębienie, ból głowy i kaszel opisywane dokładniej w (2014/4/22-3) z punktu #N3 i w (2014/5/1) z punktu #M2 swej strony o nazwie pajak_do_sejmu_2014.htm. Owo przeziębienie, ból głowy i kaszel zostały potem aż tak zintensyfikowane silnym zanieczyszczeniem powietrza które w ostatnich latach zaczęło nękać owo tropikalne miasto, że NIE mogłem już ich wyleczyć jedynie poprzez jedzenie owoców "nangka" i picie "wody kokosowej". Na przekór więc powtarzalnego zjadania owoców "nangka" i picia "wody kokosowej", przeziębienie to i ból głowy trapiły mnie uparcie aż do 17 maja 2014 roku - kiedy to odnotowałem ich dziwnie raptowny zanik. Natomiast kaszel sporadycznie trapił mnie dalej przez cały następny tydzień, aż w dniu 24 maja 2014 roku pozbyłem się go używając radykalnej i wysoce-efektywnej staro-indyjskiej receptury leczenia kaszlu, którą opisuję poniżej.
       Staro-indyjska (i jak osobiście się przekonałem - szybka oraz bardzo efektywna) metoda pozbywania się upartego kaszlu polega na kilkakrotnym zjedzeniu (aż do ustąpienia kaszlu) świeżych zielonych liści popularnej w tropiku przyprawy do potraw zwanej "Indian Holy Basil (tj. indyjska święta bazylia)" - pokazanej na "Fot. #C1" poniżej. W celu ich zjedzenia trzeba zerwać z krzaczka owej przyprawy około 5-ciu młodych pęczków liściowych rosnących na końcu (czubku) każdej jego gałązki. (Zrywa się tylko długą jak ludzki palec samą koncówkę każdej gałązki, na której to końcówce liście są najmłodsze i najobfitsze, zaś sam pęd gałązki nadal zielony i miękki.) Następnie owe końcówki liściowe, wraz z młodymi pędami od których one odrastają, wrzuca się do umycia w kubek zawierający około pół szklanki czystej wody w której rozpuściło się uprzednio jedną łyżeczkę zwykłej soli kuchennej. Miesza się łyżką owe czubki liściowe długo i starannie, aby zmyć z nich dokładnie słoną wodą wszelkie nieczystości i ewentualne mikro-organizmy. Kiedy jest się już zadowolonym, że owe końcówki z liśćmi są czyste, odciska się z nich słoną wodę, wkłada do ust i bardzo starannie żuje - tak aby zawarte w nich enzymy i składniki wydobyć ze zmiażdżonych zębami liści i łodyg. Po starannym przeżuciu, połyka się utworzoną w ustach zieloną papkę - dla pewności spłukania w dół jej leczniczych składników, popijając wszystko szklanką ciepłej lub gorącej wody.
       W przypadku mojego kaszlu z 2014 roku, jaki opisałem w pierwszym paragrafie tego punktu, kaszel zupełnie zniknął już po zjedzeniu jednej porcji owego ziela-przyprawy. (NIE na darmo jego hinduska nazwa zawiera słowo "Holy" co znaczy "Święty".) Jednak staro-indyjska receptura stwierdza, że jeśli kaszel NIE mija, zioło to należy jeść co najmniej raz dziennie przez tak długo, aż kaszel zaniknie.
       Niestety, mój ojciec zwykł mawiać, że "człowiek całe życie się uczy i ciągle umiera głupi". Ja starałem się naukowo ustalić "dlaczego?" tamto powiedzenie ojca typowo się sprawdza i doszedłem do wniosku, iż powodem jest systematycznie oblewanie przez nas "drugiego poziomu" szkoły mądrości życiowej jakiej poddaje nas Bóg. (Tę szkołę Boga opisałem pod nazwą "zasada odwrotności" m.in. w punkcie #B1.1 strony antichrist_pl.htm i w punkcie #F3 strony o nazwie wszewilki.htm.) Mianowicie, na pierwszym i łatwiejszym poziomie naszego edukowania Bóg poddaje nas najróżniejszym doświadczeniom życiowym, które mają nas nauczyć praw i zasad jakie mamy obowiązek przestrzegać w swym życiu. Kiedy zaś poznany już owe prawa i zasady, Bóg awansuje nas do drugiego, trudniejszego poziomu edukacyjnego, w któym mamy się nauczyć systematycznego przestrzegania owych praw i zasad jakie poznaliśmy już wcześniej. Niestety, ten drugi poziom edukacyjny większość z nas, włączając w to i mnie, w zbyt wielu przypadkach haniebnie oblewa. Przykładowo, ja sam w pierwszym poziomie nauczania, po wielu przykrych doświadczeniach poznałem empirycznie, że aby w tropiku zachować zdrowie i życie, trzeba przestrzegać całego szeregu praw i zasad, przykładowo: NIE spać w pokoju z włączonym "air-con", NIE jeść lodów ani NIE pić niczego zamrożonego, pić jedynie napoje które chwilkę wcześniej zostały zagotowane, jeść tylko te owoce które właśnie zostały otwarte lub pokrojone (najlepiej przeze mnie samego i to po dokładnym umyciu rąk), NIE jeść sałat ani żadnej zieleniny - chyba że wcześniej samemu je dokładnie wymyłem w posolonej wodzie, zjadać wyłącznie potrawy które zostały dobrze ugotowane lub upieczone jedynie chwilkę wcześniej i ciągle są gorące, NIE wystawiać ciała na ugryzienia komarów, NIE zwiedzać dźungli, NIE kupować niczego od wędrownych sprzedawców ulicznych, w ustronnych miejscach NIE spuszczać z oka nadjeżdżających motocyklistów, zaś jeśli zwalniają swą jazdę NIE pozwalać im podjechać bliżej do siebie niż około 2 metry, itd., itp. Niestety, w obecnym, drugim i trudniejszym poziome swojej edukacji życiowej haniebnie oblewam umiejętność systematycznego wdrażania w rzeczywistym życiu tych wcześniej poznanych już praw i zasad. Przykładowo, następnego dnia po wyleczeniu opisywanego tutaj upartego kaszlu były moje urodziny. Oboje więc z żoną celebrowaliśmy je zjedzeniem ulubionego dania w restauracji jaką lubimy. Po obiedzie zachciało nam się deseru w postaci tropikalnego rodzaju ogromnego miejscowego jadalnego lodu, którego lokalna nazwa zapisana polskim alfabetem brzmi "ajs kaczang". W rezultacie, nad ranem 26 maja 2014 roku obudziłem się z charakterystycznym drapaniem w gardle, który u mnie typowo oznacza nadejście najpierw bólu gardła, potem kataru, a w końcu upartego kaszlu. Tak więc ponownie zaczęło się spełniać stare powiedzenie "w kółko Macieju". Teraz więc rozumiem także dlaczego, na przekór iż wielu ludzi zna boskie przykazania i Biblię, tylko bardzo niewielu faktycznie potrafi nauczyć się w swym życiu nieprzerwanego wypełniania nakazów Boga, które to powtarzalne wypełnianie awansuje ich do poziomu tzw. "sprawiedliwych" opisywanych w punkcie #I1 strony o nazwie quake_pl.htm - tj. awansuje ich do poziomu moralnej doskonałości ściśle zdefiniowanego w Biblii pod ową dzisiaj nieco już mylącą nazwą "sprawiedliwi", co do którego to poziomu Bóg wielokrotnie nas ostrzega w aż kilku miejscach Biblii - np. w wersecie 20 z Psalmu 118, że "To jest brama Pana, przez nią przejdą tylko sprawiedliwi."
       Istnieje określony "progowy poziom zanieczyszczenia powietrza" przekroczenie którego uniemożliwia utrzymywanie zdrowia przez oddychających tym powietrzem ludzi. Moim zdaniem tropikalne miasto w którym często spędzamy z żoną swoje wakacje przekroczyło ów progowy poziom zanieczyszczenia powietrza gdzieś pomiędzy latami 2012 a 2014. Jednym z faktów potwierdzająych owo przekroczenie są reakcje mojego organizmu. W 2014 roku przybyłem do tego miasta całkowiecie zdrowy, jednak podczas całych moich 7-tygodniowych wakacji w owym mieście bez przerwy byłem na coś tam chory. (Co jest dokładną odwrotnością sytuacji z 2012 roku, kiedy przybyłem tam z przewlekłym kaszlem, który jednak klimat i owoce tego miasta szybko mi wyleczyły.) Kiedy w 2014 roku udawało mi się wyleczyć jedną chorobę, natychmiast zapadałem na następną. Wszystkie też nękające mnie wówczas choroby miały związek z zanieczyszczeniami powietrza. Obejmowały bowiem kaszel i najróżniejsze problemy z oddychaniem, a także całą gamę silnych alergicznych reakcji skóry na obecne w powietrzu zanieczyszczenia. O przekroczeniu owego wymaganego dla zdrowia progowego poziomu zanieczyszczenia powietrza świadczy też owo opisane w pierwszym paragrafie tego punktu około dziesięciokrotne zwiększenie liczby dobrze prosperujących aptek, jakie miało tam miejsce właśnie w latach 2012 do 2014. Na ostatnią ze swych wakacyjnych chorób zapadłem tam w poniedziałek, dnia 2 czerwca 2014 roku. Był to ponownie rodzaj grypy, jaką załapałem od znajomego który właśnie ją miał, a w którego samochodzie spędziłem na podróży kilka godzin. Wszakże polskie przysłowie stwierdza "na pochyłe drzewo wszystkie kozy skaczą" - w tym zaś przypadku, na organizm osłabiony silnym zanieczyszczeniem powietrza wskakują wszystkie okoliczne mikroorganizmy. We wtorek owa grypa była już w pełni rozwoju. W środę kichałem i kaszlałem jak najęty, bolała mnie głowa, oraz bez przerwy ciekło mi z nosa. W czwartek moja żona NIE mogła już dłużej tego znieść, udała się więc do wspólnych znajomych którzy mają "Indian Holy Basil" w swym ogrodzie i przyniosła mi paczkę owego zioła. Pierwszą jego porcję zażyłem więc już w czwartek wieczorem, kiedy moja grypa była właśnie w swoim maksymalnym punkcie rozwoju. Już w jakieś 12 godzin po jej zażyciu, tj. nad ranem w piątek, mój nos przestał wyciekać, ból głowy jakby zelżał, zaś częsty kaszel który mnie trapił całą noc, z uprzednio suchego jakby zwolna zaczął przekształcać się w mokry. W piątek rano zażyłem drugą porcję tego zioła. Miałem przy tym okazję aby kontemplować dokładniej jego smak. Smak ten NIE jest przyjemny - typowy dla gorzkawej zieleniny. Przy jedzeniu zioło to silnie szczypie język - nieco podobnie jak szczypie go np. jedzenie śniegu. W około cztery godziny później poczułem silne zmęczenie i osłabienie mięśni. Nie wiem jednak czy stanowiło ono działanie zioła, czy też działanie choroby jaką zioło to leczy (prawdopodobnie grypy). Kolejną (trzecią już) porcję zioła zażyłem w piątek wieczorem o godzinie 17:00. Po owym zażyciu doświadczyłem pierwszej nieprzerywanej kaszlem i dobrze przespanej nocy od około tygodnia. W sobotę rano około 7:30 zażyłem czwartą i ostatnią przed odlotem do NZ porcję tego zioła. Do owego czasu wycieki nosa i bóle głowy całkowicie już zaniknęły. Powróciła też energia i siła. Ciągle jednak trapiły mnie okresowe ataki kaszlu, co do których nie byłem pewien czy indukuje je choroba, czy też silne zanieczyszczenia powietrza tropikalnego miasta jakie nieustannie irytowały moje nawykłe do lepszego powietrza płuca. Mój też odlot do NZ, dokąd NIE mogłem zabrać ze sobą owego zioła z powodu zakazu wwożenia do NZ jakichkolwiek roślin i ich nasion, spowodował że kaszel NIE został doleczony do końca. Wszakże powyższa receptura nakazuje, aby zioło to zażywać aż kaszel całkowicie ustanie. Jak się też okazało, czystrze powietrze NZ samo z siebie nie spowodowało całkowitego zaniku tego kaszlu, chociaż po przylocie do NZ moje kaszlenie powtarzało się już znacznie rzadziej niż w owym zadymionym tropikalnym mieście. W ten więc sposób, wakacje z 2014 roku w moim ulubionym tropikalnym mieście okazały się pierwszymi jakie pamiętam, że pojechałem na nie zdrowym, zaś powróciłem z kaszlem (z poprzednich wakacji pamiętam jedynie zaistnienie odwrotnych sytuacji).
       Co więc się stanie jeśli owo moje ulubione tropikalne miasto NIE zmieni swoich tendencji i nadal będzie kontynuowało w dotychczasowym tempie zwiększanie zanieczyszczeń swego powietrza? Ano odpowiedź na to pytanie wynika bezpośrednio z dużo większej efektywności wysysania tlenu przez silniki samochodowe niż przez pluca ludzkie. Pewnego więc dnia może się pojawić szczególna kombinacja warunków atmosferycznych, przykładowo może NIE być wiatru, zaś stacjonarna chmura lepkiego, dusznego powietrza nad owym miastem może być bardziej nieruchoma niż zwykle i może hermetyczniej niż zwykle blokować dostęp świeżego powietrza do miasta. Silniki samochodowe mogłyby wówczas zdołać wyssać z miasta cały tlen zawarty w zalegającej to miasto nieruchomej chmurze. Rezultatem byłoby, że kilka milionów mieszkańców miasta zasnęłoby niemal równocześnie snem wieczystym. Byłaby to tragedia jakiej dotychczas NIE znała jeszcze ludzka historia i jaka z pewnością na zawsze weszłaby jako ostrzeżnie do ludzkiego folkloru. Szkoda więc, że to właśnie moje ulubione tropikalne miasto usilnie stara się aby być pierwszym w świecie które może doświadczyć takiego losu. (Aczkolwiek wiem, że istnieją też inne miasta, które także podążąją tą samą drogą - np. w Nowe Zelandii są nimi miasto Christchurch, oraz miasteczko Timaru o stacjonarnej chmurze zanieczyszczeń powietrza którego piszę szerzej w punkcie #82 z podrozdziału W4 w tomie 18 swej monografii [1/5] - zaś na bazie obu to których miejscowości dokonałem później odkrycia wyjaśnionego dokładniej w punkcie #I4 swojej strony o nazwie day26_pl.htm, a stwierdzającego że "atmosfera fizyczna, stan powietrza i pogoda w danej miejscowości zawsze jest symbolicznym odzwierciedleniem postaw życiowych i atmosfery umysłowej dominującej wśród mieszkańców owej miejscowości".) Aby więc oddalić możliwość zdarzenia się opisanej powyżej tragedii, konieczne byłoby aby moje ulubione tropikalne miasto zaczęło wprowadzać natychmiastowe i raczej drastyczne reformy oraz posunięcia - tj. reformy podobnie drastyczne jak te opisywane w punkcie #D1 strony pajak_do_sejmu_2014.htm. Przykładowo, należałoby zacząć od zainwestowania w mieście w dobry system transportu publicznego bazujący na użyciu silników elektrycznych. Wszakże jak narazie, jeśli odnieść transport publiczny owego miasta do faktycznych potrzeb transportowych jego ludności, wówczas się okazuje, że jest on nawet gorszy niż transport publiczny w Nowej Zelandii. Należałoby też natychmiast zakazać użycia w owym mieście wszelkich wehikułów i motocykli o dwusuwowych silnikach spalinowych - których jest tam mnóstwo. Warto byłoby też wprowadzić i pedantycznie egzekwować ograniczenia do dozwolonych ilości zanieczyszczeń w spalinach samochodów, jako że na ulicach miasta można odnotować wiele ciężarówek otoczonych kłębami lepkiego dymu jak starożytne lokomotywy parowe - ponieważ prawdopodobnie dysze w ich wtryskiwaczach paliwa (kosztujące grosze w porówaniu do kosztów zdrowia wdychających ten dym ludzi) wymagają wymiany, jednak ich właścicieli nic NIE motywuje aby wymiany tej dokonać. Ograniczenia do mniej niż 10% z obecnej ilości, doprasza się też liczba samochodów jakie powinny mieć prawo aby wyjechać na miasto danego dnia, zaś ich właściciele powinni być motywowani do przyjmowania swych znajomych jako pasażerów. Wszakże nawet w miastach Nowej Zelandii, której całkowita liczba ludności jest mniejsza od ludności tego miasta, ciągle właściciele samochodów są zachęcani aby zabierać kolegów i znajomych jako pasażerów - patrz artykuł "Commuters urged to switch to carpooling" ze strony A9 gazety The New Zealand Herald, wydanie z poniedziałku (Monday), June 9, 2014. Łatwo zaś odnotować, że gro samochodów omawianego tu miasta zawiera tylko po jednej osobie w środku - tj. jedynie ich kierowcę. Aż więc się prosi aby uchwalić prawo, że każdy samochód prywatny jakiego numer rejestracyjny kończy się daną cyfrą, ma prawo wyjechać na miasto jedynie w dni których data też kończy się tą samą cyfrą (np. samochody o numerach kończących się cyfrą 7 mogłyby wyjechać na miasto jedynie 7, 17 i 27 każdego miesiąca). Warto byłoby też skrócić długość drogi jaką samochody muszą przejechać aby z punktu A dotrzeć do punktu B. Obecnie drogę tę ja szacuję na około 12-krotnie dłuższą od tej jaka fizycznie jest wymagana (po szczegóły patrz opisy z podrozdziału JG6.1 z tomu 8 monografii [1/5]) - co też oznacza, że każdy samochód wyziewa w mieście co najmniej 12 razy więcej zanieczyszczeń powietrza niż fizycznie powinien. Jest tak ponieważ wiele arterii miasta zbudowane zostało jako rodzaje betonowych tuneli po wjechaniu do których NIE daje się z nich ani zboczyć ani zawrócić, aż dojedzie się do następnych wrót pobierająch opłatę za ich użycie. Trzebaby też zacząć formować specjalne ścieżki i połączenia wyłącznie dla rowerów, oraz zacząć propagować i nagradzać użycie rowerów w celach dojazdowych i turystycznych. (Wszakże klimat owego miasta wyraźnie sprzyja użyciu rowerów, tyle że uniemożliwiają je obecne zagrożenia czyhające rowerzystów na ulicach tego miasta.) Przyszłość pokaże, czy owo moje ulubione miasto tropikalne zdoła się zdobyć na tak drastyczne posunięcia i reformy.


Fot. #C1ab: Oto tropikalne zioło, które w 2014 roku wyleczyło mnie, tj. dra Jana Pająk, z upartego kaszlu opisanego w (2014/4/22-3) z punktu #N3 i w (2014/5/1) z punktu #M2 strony o nazwie
pajak_do_sejmu_2014.htm. W krajach południowo-wschodniej Azji zioło to nazywane jest po angielsku "Indian Holy Basil". (Polskie tłumaczenie jego nazwy brzmi "indyjska święta bazylia".) Powyższa zielona odmiana tego zioła jest popularną w azjatyckich krajach przyprawą do potraw. Stąd rośnie ona w sporej proporcji ogrodów owych krajów. To zaś oznacza, że czytelnik pragnący wyleczyć tam swój kaszel, NIE powinien mieć kłopotów z jej znalezieniem i przeciw-kaszlowym użyciem - zgodnym ze staro-indyjską recepturą jakiej opis przytaczam w punkcie #C7 tej strony. Wystarczy wszakże aby popytał o tę przyprawę wśród znajomych Indyjczyków lub Chińczyków z ogródkami, a któryś z nich z pewnością będzie ją miał w swoim ogródku.
       Ja osobiście się przekonałem, że już powyższa, zielona odmiana tej przyprawy ma bardzo silne zdolności lecznicze - zapewne ponieważ jest przepełniona "chłodzącą" energią "yin", tak jak wyjaśniam to w następnym punkcie #C8. Np. kaszel leczy ona znacznie szybciej i efektywniej niż owoce "nangka" oraz "woda kokosowa". Mój uparty kaszel z 2014 roku wyleczyła ona bowiem po zażyciu zaledwie jednej porcji tej przyprawy. Jednak Indyjczycy twierdzą, że istnieje nawet jeszcze silniejsza, czarna odmiana tego samego zioła, cechująca się posiadaniem niemal czarnych liści. Ma ona leczyć jeszcze szybciej i jeszcze skuteczniej te same choroby, które leczy powyższa zielona odmiana. Tyle, że z powodu jej ogromnej mocy NIE nadaje się ona jako przyprawa do potraw, a stąd używana jest wyłącznie w celach leczniczych - co też oznacza spore trudności z jej zdobyciem. (Kliknij na wybrane z powyższych zdjęć aby zobaczyć je w powiększeniu.)

       Fot. #C1a(górne): Wygląd całego krzaczka przyprawy "Indian Holy Basil" o wysokości około 1 metra, sfotografowany pod kątem około 45 stopni w widoku z ukosa od góry. Odnotuj, że tłem dla zdjęcia tego krzaczka jest położony za krzaczkiem równie zielony trawnik. Stąd oglądając to zdjęcie trzeba starać się odróżniać ów trawnik od krzaczka.
       Fot. #C1b(dolne): Zbliżenie pokazujące wygląd liści i kwiatów przyprawy "Indian Holy Basil".


#C8. Użycie wywaru z liści tropikalnej "curry" do wzmacniania wątroby:

       Istnieje też staro-indyjska receptura jaka uczy jak wzmacniać i poprawiać pracę uszkodzonej lub chorej wątroby. Receptura ta bazuje na użyciu wywaru (herbaty) z liści tropikalnego drzewa znanego szeroko ponieważ z niego sporządzana jest powszechnie używana przyprawa zwana "curry" - tj. z liści drzewa pokazanego poniżej na "Fot. #C2". Oto opis tej receptury.
       Zerwij około 20 liści z drzewa "curry". Umyj je starannie najpierw w dobrze posolonej wodzie (aby usunąć z niej pyły, brud i wszelkie możliwe mikroorganizmy), potem dodatkowo wypłucz je w zwykłej wodzie - obu o normalnej pokojowej temperaturze. Pokrusz lub zmiażdż te liście na drobne kawałki. Otrzymaną miazgę zaparz wieczorem kubkiem gotującej się wody - tak jak parzy się herbatę. Pozostaw zapar (tj. wodę i liście) w kubku aż do rana. Zaraz po przebudzeniu się najpierw wypij wodę owego naparu, usuwając jednak lub odcedzając (tj. NIE konsumując) samej miazgi z liści - podobnie jak pijąc herbatę NIE piłbyś jej liści. Po wypiciu tego wywaru NIE wolno ci jeść ani pić niczego przez następne pół godziny, w ten sposób dając czas naparowi aby zrealizował swoje lecznicze działanie. Po upływie owej pół godziny możesz jeść, pić i czynić wszystko to, co czynisz normalnie w swoim codziennym życiu.
       Osoba od której zasłyszałem tę recepturę twierdzi, że powyższy zapar (herbata) z liści "curry" NIE leczy wątroby, a jedynie poprawia i wzmacnia działanie nadal zdrowych jej części. Jednak owa poprawa pracy wątroby w wielu dolegliwościach wystarcza aby podnieść jakość lub wydłużyć życie osoby cierpiącej na spowodowane czymś dolegliwości wątroby. Stąd omawiany tu zapar może okazać się pomocny w sporej ilości dolegliwości wynikających z niewłaściwej pracy wątroby, przykładowo po wszelkich odmianach zapaleń wątroby (łac. hepatitis), po zrujnowaniu swej wątroby z powodu skutków ubocznycyh działania innych lekarstw lub ciąży, po nadużyciu alkoholu lub sterydów, w przypadkach chorób autoimmunologicznych, w cukrzycach, oraz w wielu innych podobnych przypadach kłopotów z wątrobą.
       Wzmacniające wątrobę zdolności liści "curry" są już dobrze znane w świecie. Czytelnik może o tym się przkonać jeśli wpisze w jakiejś wyszukiwarce np. słowa kluczowe liver benefiting curry leaves.
       Czytelnicy którzy przeczytali już niektóre punkty tej strony, np. #B1, #C7 czy #F5, zapewne odnotowali, że kiedy mam ku temu okazję, wówczas zawsze staram się też wypróbować na sobie metodę leczenia jaką tu opisuję - poczym zdać relację czytelnikowi ze swoich wrażeń. Tak też uczyniłem z opisywaną tu herbatą z liści curry. Od znajomych zdołałem zdobyć jedną gałązkę z drzewa curry, którą udało mi się utrzymać przy świeżości przez trzy kolejne dni. Piłem więc opisywaną tu herbatę przez trzy kolejne poranki. Pierwsze wrażenia jakie mnie uderzyło, to że herbata ta ma silne własności "rozpalające" (tj. zgodne z definicją energii "yang" opisywanej w punkcie #B2 strony fruit_pl.htm). Aby więc się upewnić, czy faktycznie liście te zawierają duże ilości energii "yang", skonsultowałem sprawę z tym samym ekspertem do spraw energii z którym konsultowałem tamtą swą stronę "fruit_pl.htm". Jak się okazało, miałem rację - zgodnie ze stwierdzeniem owego eksperta, niemal wszystkie przyprawy są nosicielami dużych ilości energii "yang" - chociaż istnieje kilka wyjątków od tej reguły, np. ów "Indian Holy Basil" opisany w poprzednim punkcie #C7 - który jest zapełniony "chłodzącą" energią "yin" (to dlatego jest on w stanie uzdrawiać bóle gardła, kaszel i przeziębienia które wymagają "yin" energy). Niezależnie od owej energii "yang", w moim sprawdzającym wypróbowywaniu opisywanej tu herbaty uderzyły mnie też dwie inne cechy. Mianowicie, okazało się, że liście curry mają też silne własności moczopędne. W pierwszym dniu po wypiciu opisywanej tu herbaty sikałem jak obficie zapełniona cysterna straży pożarnej. Inną cechą okazało się, że niemal natychmiast liście te uregulowały moja kupę. Normalnie mam bowiem tendencje do zatwardzeń. Jednak po zażyciu opisywanej tu herbaty, wszystko zaczęło działać u mnie regularnie i sprawnie jak w szwajcarskim zegarku. Jeśli zaś chodzi o poprawę działania wątroby, to NIE mam obiektywnej opinii na ten temat, bowiem wątroba (przynajmniej moim zdaniem) działa u mnie OK, stąd opisywana tutaj herbata nic NIE zmieniła co bym odnotował. Jednak jest możliwym, że owe symptomy jakie odnotowałem i opisałem powyżej, są właśnie oznaką polepszenia się pracy wątroby - wszakże NIE jestem lekarzem, NIE wiem więc na co powinienem zwracać uwagę w tej sprawie.
       Osoby które mieszkają poza tropikalną strefą, np. w Polsce, mogą tu zadawać sobie pytanie, po co ja trudzę się opisywaniem receptur leczenia z użyciem tropikalnych roślin. Odpowiedź jest prosta. W dzisiejszych czasach, kiedy w dobrze oświetlonych i ogrzewanych mieszkaniach nauczyliśmy się hodować tropikalne kwiaty, zaś w ogródkach daje się wystawiać tanim kosztem cieplarnie z plastykowej folii, każdy chory ma możność aby sobie samemu hodować dowolną roślinę leczniczą, nawet tropikalną - jedyne co potrzebuje to nasiona tej rośliny (które w wielu przypadkach, np. "papaya", daje się uzyskać np. z owoców sprzedawanych już na niemal całym świecie), plus trochę inicjatywy oraz zabiegliwości. Na dodatek, lecznicze zdolności wielu tropikalnych roślin są też przenoszone przez najróżniejsze produkty jakie obecnie daje się nabyć w niemal każdym kraju świata. Przykładowo, w Nowej Zelandii NIE daje się kupić korzeni "tapioka", jednak w supermarketach sprzedają tam krochmal z tapioki. Stąd swoje biegunki ja leczę w Nowej Zelandii polewką ugotowaną z krochmalu tapioki - która działa równie skutecznie jak opisane w punkcie #B1 tej strony polewka z korzeni tapioka. W Nowej Zelandii można także łatwo zakupić żółty sproszkowany "tumeric" opisywany w punkcie #D1 tej strony, jaki trzyma pod kontrolą wiele chorób typu zapalenia i bóle - stąd jakiego pół łyżeczki NZ zimą 2014 roku ja wypijałem rano praktycznie każdego dnia (potem zaprzestałem tego wypijania, jako że jakby przestało ono dawać odnotowalne efekty).

Fot. #C2a(górne)
Fot. #C2b(dolne)

Fot. #C2ab: Oto dwie fotografie liści tropikalnego drzewa używanego do wytwarzania popularnej przyprawy do potraw, zwanej "curry". Te aromatyczne liście typowo są około 4 cm długie i 1.5 cm szerokie. Zgodnie z kolejną staro-indyjską recepturą, którą miałem okazję poznać, wywar (herbata) z liści tego drzewa poprawia funkcjonowanie wątroby - patrz przepis z punktu #C8 tej strony.
       Drzewo to jest równie popularne w ogrodach tropikalnych krajów, jak zioło pokazane na "Fot. #C1". Stąd nikt NIE powinien tam mieć trudności ze zdobyciem około 20 liści tego drzewa dla sporządzenia wzmacniającego wątrobę wywaru (herbaty). (Kliknij na wybrane z powyższych zdjęć aby zobaczyć je w powiększeniu.)

       Fot. #C2a(górne): Wygląd liści i owoców dorosłego drzewa "curry". Utrwalone tu drzewo wyrosło już już do wysokości około 5 metrów. To z liści owych drzew curry sporządza się opisywany tu wywar (herbatę).
       Fot. #C2b(dolne): Zbliżenie pokazujące wygląd liści młodego drzewka "curry" o wysokości około 50 cm. Drzewka takie są gotowe do zasadzenia w czyimś ogrodzie. Ich liście też mogą już być używane w opisywanej tu recepturze. Po wyrośnięciu ich liście wygladają jak te pokazane w części (a).


#C9. Użycie owoców drzewa zwanego "Morunga Kai - Daun Kelor" do oczyszczania nerek i przewodów moczowych:

       Kiedy w końcu czerwca 2017 roku przybyliśmy na wakacje do Malezji, przyjaciółka mojej żony słysząc o moim "zatruciu" opisanym w punkcie #G2.3 niniejszej strony, dała mi słoik owoców drzewa strączkowego podobnego do polskiej "akacji", jakie rosło w jej ogródku. Oryginalnie wywodząc się z Indii, popularnie drzewo to jest nazywane aż na cały szereg sposobów, przykładowo jako: "Moringa", "Morunga Kai", "Murungai Keerai", "Daun Kelor", oraz kilka jeszcze innych. Zgodnie z ludową wiedzą wszystko jest w nim leczące, tj. kora, drewno, liście i owoce - tyle że trzeba wiedzieć "jak" i "na co" to zażywać.
       Owoce tego drzewa podobno są najnowszym "szaleństwem zdrowotnym" Malezyjczyków. Podobno mają dziesiątki odmiennych wpływów zdrowotnych, większość z których szeroko jest już upowszechniana w internecie (tyle że w języku angielskim) - po przykłady patrz filmy z YouTube o adresach youtube.com/watch?v=2gDbMKiMemk czy youtube.com/watch?v=2I7Ie_aFRjo, albo patrz strona (blog) o zaletach leczniczych tego drzewa (których dostępność w internecie sprawdziłem i potwierdziłem w lipcu 2017 roku).
       Jako naukowiec, ja mam zwyczaj osobistego próbowania roślin leczniczych jakie ktoś mi poleca, poczym obserwowania na sobie efektów jakie one wywołują. Kiedy więc znajoma mojej żony poleciła mi owe owoce "moringa", natychmiast je spróbowałem. Będąc ostrzeżony, iż są one bardzo gorzkie, początkowo zjadłem dwa przed śniadaniem. Ich gorycz była jednak aż tak silna, że całe śniadanie smakowało gorzko, zaś gorycz panowała w moich ustach przez resztę dnia. Na drugi dzień (i następne) zjadałem więc już tylko po jednym owocu, nadal przed śniadaniem - mimo to ciągle psuły mi smak w ustach przez połowę dnia. Po kilku dniach zarzuciłem więc dalsze ich jedzenie - szczególnie iż odkryłem, że nadają one mojemu moczowi kolor wiśniowego soku (twierdzi się, że jakoby mają one moc oczyszczania (clenzing) nerek, pęcherza i przewodów moczowych).
       Jak jednak to opisałem w punkcie #G2.3 niniejszej strony, po początkowym wyleczeniu mojego NZ "zatrucia" kuracją z wody kokosowej, objawy tego zatrucia stopniowo zaczęły powracać. Analizując powody tego ich nawrotu, jednym z tych powodów - który uważałem, że powinienem sprawdzić, mogło być "odstawienie" dalszego zjadania owych owoców "moringa". Kiedy więc mój kaszel i indukowane kaszlem wymioty osiągnęły poziom jaki zacząłem uważać za co najmniej niepokojący, około dnia 2017/7/17 powróciłem do zjadania jednego owego okropnie gorzkiego owocu "moringa" przed każdym śniadaniem. Niestety, ich zjadanie NIE zahamowało procesu pogarszania się mojego zdrowia (faktycznie to NIE zaobserwowałem żadnego korzystnego wpływu tych owoców na mój kaszel i na indukowane nim wymioty). Stąd kiedy w sobotę, 2017/7/22, kuzynka mojej żony zaproponowała abyśmy spróbowali znanego jej wywaru z chińskich ziół zwanego "tygrysie mleko" (oryginalną chińską "receptę" na który pokazuje "Fot. #C3c"), chętnie skorzystaliśmy z jej propozycji. Na mnie efekt owego "tygrysiego mleka" okazał się być "piorunujący". Po trzech dniach-dozach jego zażywania zarówno mój kaszel, jak i indukowane kaszlem moje wymioty, natychmiast ustały - tak jak opisuję to szczegółowiej poniżej w punkcie #G2.3 tej strony. Zanikła więc też i potrzeba dalszego zjadania owoców "moringa", którego to zjadania natychmiast poten ponownie zaprzestałem.

Fot. #C3a (górne)
Fot. #C3b (środkowe)
Fot. #C3c (dolne)

Fot. #C3abc: Oto trzy fotografie, górna z których pokazuje drzewo "moringa", z widocznym na nim zielonym strąkiem jego owocnika, a także kwiaty i liście. Środkowa fotografia pokazuje podobno szczególnie lecznicze owoce drzewa "moringa" - których działania mi jednak NIE udało się potwierdzić na moich własnych dolegliwościach. Natomiast dolna fotografia pokazuje chińską "receptę zielarską" na tzw. "tygrysie mleko" - co do którego osobiście się przekonałem, że jest ono wprost "piorunująco efektywne" w leczeniu przewlekłych kaszli - takich jak mój opisany poniżej w punkcie #G2.3 tej strony.
       Drzewo "moringa" jest dosyć popularne w ogrodach tropikalnej Malezji, Indii, a nawet Australii - szczególnie przy domach zamieszkałych przez Indyjczyków, którzy objadają się ich owocami i liśćmi na najróżniejsze sposoby. (Kliknij na wybrane z powyższych zdjęć aby zobaczyć je w powiększeniu.)

       Fot. #C3a (górne): Wygląd drzewa, kwiatów i zielonego strąka z owocami dorosłego drzewa "morunga". Utrwalone tu drzewo wyrosło już do wysokości około 6 metrów. To z wyschniętych strąków owych drzew pozyskuje się owoce pokazane na "For. #C3b (środkowe)".
       Fot. #C3b (środkowe): Zbliżenie pokazujące talerz ze suchym już strąkiem w swej górnej części, poniżej z rzędem 5 owoców już wyjętych ze strąka, oraz jeszcze niżej rzędem 3 jadalnych zawartości owych owoców drzewa "morunga" już obranych z chroniących je łupin. Poniżej owców dla porównania ich wielkości pokazana jest też malezyjska moneta 10 centów o średnicy 18 mm. Najbardziej lecznicze są podobno owoce wyjęte z już suchego strąka tego drzewa - tj. strąka jakiego fragment jest pokazany w górnej części talerza. Strąk ten po wyschnięciu typowo ma około 50 cm do metra długości i w przekróju jest kwadratowy o boku około 20 mm. Po wyjęciu ze strąka, każde z ziarenek owego owocu jakby posklejanych z trójkątnych łupinek wygląda jak owe 5 ustawionych w rzędzie na talerzu pod strąkiem. W swej suchej i niejadalnej łupince owoce te kryją rodzaj jakby galaretowatej, czy watowatej, okruszyny wyglądającej jak miękkie białko z ugotowanego jajka - przykłady trzech z takich okruszynek już pozbawionych łupinek pokazane są w najniższym rzędzie. To właśnie te okruszyny zjada się w celach leczniczych. Są one jednak okropnie gorzkie - ich smak daje się porównać do smaku polskiego zioła "piołun".
       Fot. #C3c (dolne): Oto oryginalna chińska "recepta" zielarska opisująca jak sporządzić mieszankę ziołową zwaną "Tiger Milk" czyli "tygrysie mleko" (która ogromnie efektywnie leczy przewlekły kaszel typu jaki mnie trapił w 2017 roku). Niestety, aby móc odczytać tę receptę trzeba znać: (1) chińskie znaki - wszakże jest pisana chińskim pismem, (2) chińskie zioła - wszakże opisuje użycie ziół jakich używają chińscy herbaliści, (3) zasady pisania "recept" ziołowych w tradycyjnym chińskim leczeniu ziołami, oraz (4) umieć czytać tradycyjną ręczną "bazgraninę", której kiedyś używali na swych odręcznych receptach i z której słynęli w świecie wszyscy lekarze (z tego co widzę, chińscy herbaliści są ostatnimi w świecie, którzy madal tradycyjnie ją używają). Oczywiście, dla osób znających wszystko powyższe, "recepta" ta zawiera faktyczny przepis na efektywnie leczącą mieszankę ziołową - wystarczy więc ją sobie wydrukować i zabrać do chińskiej apteki zielarskiej aby nam ją tam przygotowali. Tak nawiasem mówiąc, to gdyby czytający te słowa potrafił przepisać tę recepturę na czytelniejszą formę drukowaną lub komputerowego zapisu, albo był w stanie przetłumaczyć ją na polski czy angielski, byłbym mu wdzięczny za podzielenie się z nami wynikami jego działania - które to wyniki z chęcią też bym tu opublikował.


Część #D: Naturalne remedy na uciszanie najróżniejszego rodzaju bóli:

      

#D1. Indyjski "tumeric" używany do eliminowania bólu mięśni:

       Niemal wszyscy znamy to doskonale. Jednego dnia biegamy po turystycznych atrakcjach nowego kraju, aż nasze nawykłe jedynie do siedzenia w fotelu mięśnie odmówią nam posłuszeństwa. Drugiego zaś dnia nie możemy się ruszyć, zaś każdemu naszemu poruszeniu towarzyszy okropny ból mięśni.
       Na szczęście w krajach tropikalnych istnieje doskonała remedy na ów przesileniowy ból mięśni. Przyjmuje on formę żółtego proszku popularnej w krajach Azji sproszkowanej przyprawy do potraw szeroko używanej w Indiach - choć można ją kupić na targowiskach i w supermarketach w praktycznie każdym azjatyckim kraju tropikalnym ze strefy Pacyfiku, a nawet w Nowej Zelandii. (Ciekawe czy jest on dostępny w Polsce? Przyprawa ta nazywa się "tumeric". Należy ona do tej samej rodziny co "ginger" ("ginger" to angielskojęzyczna nazwa dla przyprawy po polsku zwanej "imbir"). Jest też relatywnie tania - za kilka dolarów można kupić sobie całe jej kilo - co wystarcza na codzienne zażywanie przez ponad rok czasu.
       Jeśli więc z przesilenia bolą nas mięśnie, wówczas stary Indyjski przepis ludowy nakazuje, aby około pół łyżeczki owego żółtego sproszkowanego "tumeric" rozpuścić w szklance mleka, poczym wypić. W jakiś czas potem ból minie jak ręką odjął. Niestety, wielu tych co spróbowali "tumeric'a" zwykle stwierdza, że nie bardzo wiedzą co jest gorsze, ból mięśni, czy owo lekarstwo, jednak podobno gwarantuje ono szybką poprawę. (Ja osobiście jeszcze go nie próbowałem w użyciu na ból mięśni, ale dość regularnie go pijam dla poprawy samopoczucia. Ma on też bowiem własności antyzapalne, poprawia samopoczucie, usuwa zmęczenie, oraz usprawnia ostrość i działanie umysłu.) Jak zaś ci próbujący go po raz pierwszy na ból mięśni stwierdzają, owo lekarstwo (tj. pół łyżeczki sproszkowanego "tumeric" rozpuszczone w szklance mleka) smakuje im aż tak okropnie, że konieczne jest istne bohaterstwo aby zmusić się do jego wypicia. (Ponieważ ja sam pijam go dosyć regularnie, zapewne zdołałem już jakoś nawyknąć do jego smaku, bo mi jego smak NIE wydaje się aż tak okropny.)
       Wtajemniczeni twierdzą, że owo lekarstwo podobno jest doskonałe również na wszelkie inne rodzaje bóli, np. na bóle reumatyczne.


#D2. Lecznicze zdolności zwykłej soli kuchennej - np. płukanie gardła stężonym roztworem soli dla wyeliminowania bólu gardła:

       W dawnych czasach ludzie rzadko chodzili do lekarza. Dlatego na wszelkie typowe choroby używali domowych lekarstw. Jednym z nich było płukanie gardła stężonym roztworem soli. Roztwór taki przygotowywało się poprzez rozpuszczenie czubatej łyżki stołowej soli kuchennej w około połowie szklanki gotującej się wody. O tym, że jest on wystarczająco stężony, świadczyło że po rozpuszczeniu owej ilości soli woda robiła się jakby gęstrza, zaś szklanka wydawała głuchy dźwięk kiedy mieszająca tą sól łyżka opukiwała jej ścianki. Po rozpuszczeniu soli w szklance gotującej się wody, należało odczekać aż woda ta ostygnie na tyle aby już dawała się wziąść do ust bez powodowania poparzenia, jednak ciągle była gorąca. Poczym płukało się nią gardło. Płukanie to polegało na braniu do ust kolejnego łyka owego roztworu, przechylaniu ust do góry tak aby roztwór spłynął do gardła, oraz równoczesnym wydawaniu dźwięków typu "gargling". Ja osobiście znalazłem tą metodę eliminowania bólu gardła za znacznie efektywniejszą i szybszą w działaniu od wszelkich środków do płukania gardła przepisywanych przez dzisiejszą medycynę ortodoksyjną.
       Leczenie bólu gardła roztworem soli jest tylko jednym z wielu przykładów wykorzystania leczniczych cech zwykłej soli kuchennej. Zwykła sól kuchenna jest bowiem doskonałym lekarstwem na wszelkie rozjątrzenia i infekcje ciała. Przykładowo, jeśli ma się ranę która NIE chce się goić - tak jak opisałem to w punkcie #N1 swej strony o nazwie solar_pl.htm, wówczas po kilkukrotnym wymoczeniu owej rany w lekko wychłodzonym (ale nadal gorącym) roztworze soli, rana ta typowo zaczyna się goić. Roztwór soli jest też najlepszym "odkażaczem" jeśli używa się go do umycia świeżych zadrapań i ran. Jeśli ma się pryszczyk który NIE chce ustąpić, nacieranie go solą, lub moczenie w goracej solance, spowoduje jego "dojrzenie" i następne pęknięcie oraz zanik. Wiadomo także, że np. konie z poranionymi nogami ich właściciele celowo ujeżdżają wzdłuż brzegu morza, aby sól zawarta w morskiej wodzie spowodowała wyleczenie ich nóg. Itd., itp. Innymi słowy, jeśli ma się jakikolwiek problem ze skórą lub raną, a NIE wie się jak go leczyć lub brak nam wymaganego lekarstwa, wówczas warto spróbować stężony roztwór soli.
       Pisząc o leczniczych własnościach soli kuchennej warto tutaj też ustosunkować się do twierdzń dzisiejszych "ekspertów" nauk medycznych, iż jakoby dla poprawy zdrowia ludzie powinni ograniczać ilości zjadanej soli kuchennej znacznie poniżej wartości dyktowanej im przez zmysły smaku i pragnienia. Jak wszystko bowiem co oficjalnie twierdzi dzisiejsza nauka, twierdzenie to należy przyjmować ze sporą "szczyptą soli" - wszakże do wszystkich oficjalnych stwierdzeń dzisiejszej monopolistycznej nauki utrzymuje swą ważność owo zaszyfrowane ostrzeżenie z Biblii, cytuję: "każde dobre drzewo wydaje dobre owoce, a złe drzewo wydaje złe owoce. Nie może dobre drzewo wydać złych owoców, ani złe drzewo wydać dobrych owoców" (Biblia Tysiąclecia, Ewangelia Św. Mateusza, wersety 7:17-18) - po szczegóły patrz punkt #C4.7 ze strony o nazwie morals_pl.htm, punkty #K1 i #K1.1 ze strony o nazwie tapanui_pl.htm, albo punkt #A1.1 ze strony o nazwie totalizm_pl.htm. Jeśli bowiem dokładniej przeanalizuje się to twierdzenie oficjalnej nauki, to się okazuje, że jego poprawność NIE jest potwierdzona przez wymagany zasób empirycznego materiału dowodowego. Wręcz przeciwnie, empiryka zdaje się stwierdzać coś zupełnie odwrotnego. Ludzie wszakże od tysiącleci zjadają ilości soli jakie dyktuje im ich smak, zaś do grupy zjadających takie ilości soli należą też m.in. wszystkie znane długowiecznie-żyjące osoby. Ja osobiście znam przypadek, kiedy żona bezgranicznie wierząca stwierdzeniom dzisiejszej oficjalnej nauki, zaczęła systematycznie wmuszać w swego zdrowego jak koń męża niedosolone potrawy, rujnując tym zmuszaniem jego uprzednio niezachwianie zdrowy organizm. Nawet sporo samych reprezentantów nauk medycznych ostatnio zaczyna przyznawać, że oficjalnie zalecane przez rząd USA ilości soli jakie ludzie powinni zjadać są niezdrowo zaniżone, oraz że 95 procent ludzi łamie te zalecenia i zjada więcej soli niż "eksperci" im nakazują - po szczegóły patrz artykuł [1#D2] o tytule "Could 95 per cent of the world's people be wrong about salt?" (tj. "czy 95% ludności świata może być w błędzie w sprawie soli?"), ze strony A12 nowozelandzkiej gazety The Dominion Post, wydanie z czwartku (Thursday), May 28, 2015. Jak zaś nam już wiadomo z badań tzw. "rojów", zbiorowa mądrość "ludzkiego zbiorowiska (roju)" zawsze jest większa niż indywidualna mądrość nawet największego "eksperta" w danej dziedzinie. Oczywiście, cały ten powyższy empiryczny materiał dowodowy jedynie uzupełnia stanowisko ludzi wierzących w Boga, których poglądy w tej sprawie możnaby opisać słowami jeśli ktoś bardziej wierzy w stwierdzenia fotelikowych naukowców oglądających świat przez grube szyby swoich "wież z kości słoniowej", niż wierzy własnym zmysłom (wzroku, słuchu, smaku, zapachu, czy dotyku) albo podszeptom sumienia lub ustaleniom własnego doświadczenia i zdrowego rozsądku, wówczas taki ktoś faktycznie wątpi w twórcze umiejętności Boga i w doskonałość z jaką Bóg nas stworzył. Wszakże tylko spartaczone stworzenie NIE zostałoby oryginalnie zaopatrzone przez Boga w zmysły, cechy i zdolności, które mu podpowiadają co jest dla niego najlepsze, oraz które go ostrzegają przed tym co dla niego faktycznie niedobre (tyle że, niestety, czasami poprawne działanie owych zmysłów, cech i zdolności u niektórych ludzi może zostać popsute lub zdegenerowane niewłaściwym ich użytkowaniem albo celowym ich zagłuszaniem).


Część #E: Folklorystyczne metody zapobiegania chorobom:

      

#E1. Unikanie przeziębienia kiedy dopadnie nas deszcz (tj. bio-akupunktura):

       Akupunktura może być realizowana nie tylko za pomocą metalowych igieł, ale także za pomocą jakichkolwiek obiektów, które mają własności intesyfikujące przepływ energii, np. które mogą dostarczać impulsów energii jakie stymulują nasze meridiany, lub które odpompowują tą energię poprawiając jej przepływ. Dla przykładu, w Malezji istnieje ludowe wierzenie, jakie faktycznie działa w praktyce (próbowałem je), a jakie stwierdza, że jeśli ktoś złapany zostaje w deszczu i życzy sobie uniknięcia zachorowania od tego powodu, powinien urwać najbliższe źdźbło świeżej trawy i zatknąć to źdźbło za jedno ze swoich uszu. Chociaż owo ludowe wierzenie nie wyjaśnia jak to źdźbło działa, łatwo jest wydedukować, że po umieszczeniu za uchem źdźbło to emituje swoją własną energię życiową, jaka oddziaływuje z energią życiową wydostającą się z punktów akupunkturowych za naszym uchem. Ponieważ każde ucho zawiera punkty akupunkturowe dla niemal wszystkich istotnych organów w ludzkim ciele, owo oddziaływanie energii ze źdźbła trawy wystarcza dla zapobiegnięcia jakiejkolwiek chorobie mogącej stanowić wynik danego deszczu.
       Inne wierzenie jakie posiada związek z akupunkturą, wywodzi się z folkloru Polski. Stwierdza ono, że to pierwsze krople każdego nowego deszczu, jakie spadają aż do chwili, kiedy ziemia jest całkowicie mokra, czynią ludzi chorymi. Dlatego, zgodnie z tym folklorem, możliwe jest zostanie przemoczonym deszczem do nitki i ciągłe pozostanie zdrowym, tak długo jak zdołamy uniknąć kropel które spadają, kiedy ziemia jest ciągle niekompletnie mokra. Aby wyjaśnić jak to wierzenie działa, musimy pamiętać że pierwsze krople deszczu jakie spadają, kiedy gleba ciągle jest sucha, niezależnie od uczynienia gleby mokrą zmywają także sobą wszelkie nieczystości zawarte w powietrzu (w tym izotopy radioaktywne w rodzaju tych powyrzucanych w powietrze po eksplozjach w Czernobylu i Fukushima - tak jak opisane to jest w punkcie #M1 strony o nazwie telekinetyka.htm). Dlatego krople tego pierwszego deszczu są wysoko naładowane jonami zanieczyszczeń jakie normalnie zawieszone są w powietrzu. Kiedy ów deszcz spada na naszą skórę, energia z jonów zanieczyszczeń blokuje przepływ energii życiowej przez naszą skórę, powodując chorobę. Stąd takie pierwsze krople deszczu działają jak rodzaj antyakupunktury, która blokuje nasze meridiany energetyczne.
       Jeszcze inny sposób zapobiegania choroby kiedy ludzie złapani zostali przez deszcz, stosowany był przez wojsko polskie w czasach mojej młodości. W owych czasach, każdemu żołnierzowi z oddziału wojska który podczas marszu został złapany przez deszcz, natychmiast po powrocie do koszar dawano do wypicia kubek gorącej (gotującej się) kawy zbożowej.
       Więcej informacji na temat zasady na jakiej działają opisane tutaj metody akupunkturowego zapobiegania choroby spowodowanej zostaniem złapanym przez pierwsze krople deszczu, zaprezentowanych zostało w podrozdziałach I5.6 oraz I5.5 z tomu 5 mojej najnowszej monografii [1/5]. Z kolei sama zasada działania akupunktury wyjaśniona została na odrędnej stronie internetowej o Koncepcie Dipolarnej Grawitacji.


Część #F: Niezwykłe rośliny i substancje oraz ich lecznicze cechy:

      

#F1. Kurara z tropikalnego drzewa Ipoh:

       Prawdopodobnie NIE istnieje inna roślina która miałaby równie silny wpływ na życie oraz na wyobraźnię ludzi, jak owo tropikalne drzewo które produkuje piorunującą truciznę zwaną kurara. Trucizna ta bowiem działa piorunująco na ofiary które zostały choćby zadraśnięte czymś co ją przenosi, jednocześnie zaś mięso zwierząt rażonych tą trucizną może być jedzone bez przeszkód i nikomu NIE szkodzi. Więcej na temat "kurary" wyjaśnione zostało w punkcie #D3 totaliztycznej strony fruit_pl.htm - o owocach tropiku ze strefy Pacyfiku i o filozofii ich jedzenia.
       Aczkolwiek "kurara" typowo uważana jest za truciznę, a NIE za lekarstwo, istnieje aż kilka powodów dla których umieściłem o niej informację na niniejszej stronie poświęconej ludowemu leczeniu i lekarstwom. Pierwszy z tych powodów to że czysta forma kurary faktycznie używana jest czasami w anaestezji (znieczulanie do operacji) dla odprężania mięśni - w małych dozach jest więc lekarstwem. Ponadto jeśli głód i brak jedzenia uważać za rodzaj dolegliwości, zaś upolowanie jakiegoś stworzenia i najedzenie się do syta - za wyleczenie owej delegliwości, wówczas kurara też jest rodzajem lekarstwa. Używana jest ona bowiem głównie przez myśliwych z dżungli dla powiększenia efektywności ich polowań. Kurara jest też rodzajem narkotyku dla upolowanego zwierzęcia. Paraliżuje ona bowiem m.in. mózg owego zwierzęcia, tak że zwierzę nie czuje potem bólu kiedy myśliwy podrzyna mu gardło. Nadaje więc ona polowaniom bardziej humanitarny charakter, zaoszczędzając cierpień upolowanemu zwierzęciu.
       Kurara wytwarzana jest z soku tropikalnego drzewa zwanego "Ipoh" - pokazanego na "Fot. #F1" poniżej. Sok ten jest gromadzony poprzez nacinanie kory na pniu tego drzewa. Następnie jest on mieszany z jeszcze dwoma innymi składnikami które stabilizują jego gęstość i podwyższają jego żywotność, przykładowo z włoskami owocnika palmy zwanej "Betram Palm". W końcu kurarą tą nasycane są miniaturowe strzałki wystrzeliwane do ofiar z dmuchawek.

Fot. #F1a(górna)
Fot. #F1b(dolna)

Fot. #F1ab: Dwie fotografie które ilustrują najważnieszcze szczegóły wyglądu całlego słynnego drzewa Ipoh. To właśnie z soku takiego drzewa Ipoh produkowana jest piorunująca trucizna "kurara". Drzewo to wcale jednak nie jest takie popularne w tropikalnych dżunglach. Aby je znaleźć trzeba dosyć sporo poszukiwań i wysiłku. Jego egzemplarz pokazany zarówno na powyższych fotografiach (a) i (b), jak i na pokazanych poniżej fotografiach (c) i (d), znalazłem i sfotografowałem w rodzaju dobrze utrzymanego parku, który zapewniał doskonała widoczność, a stąd i dobre warunki do fotografowania. Park ten znajduje się w "Forest Research Institute Malaysia (FRIM)", 52109 Kepong, Selangor Darul Ehsan, Malaysia; frim.gov.my. (Kliknij na daną fotografię aby zobaczyć ją w powiększeniu.)
       Fot. #F1a(górne): Ja, czyli dr inż. Jan Pająk, przy pniu tropikalnego drzewa Ipoh. Fotografia wykonana w dniu 12 sierpnia 2008 roku. Jak widać drzewo to jest ogromnych rozmiarów i wygląda typowo - tj. niemal jak każde inne tropikalne drzewo. Aby wyprodukować kurarę, krajowcy nacinali korę na takim właśnie pniu, poczym zbierali trujący sok jak wypływał spod kory. Tuż nad moim prawym uchem widać tabliczkę inwentarzową z opisem tego drzewa, której zbliżenie pokazuje fotografia z części (b) tej ilustracji. Odnotuj także czystość, zadbanie i dobrą widoczność parku w którym powyżej pokazane drzewo rośnie. Tylko dzięki owej dobrej widoczności było możliwe sfotografowanie tego drzewa. Typowa tropikalna dżungla wcale bowiem tak nie wygląda. Dżungla normalnie jest tak gęsta że drzewa zaczynają w niej być widoczne dopiero kiedy można je już dotknąć ręką - czyli kiedy ktoś do nich się zbliży na odległość mniejszą od jednego metra. Oczywiście, w takiej naturalnej dżungli NIE ma mowy o sfotografowaniu i pokazaniu wszystkich szczegółów owego drzewa, np. jego korony, tak jak tego dokonują powyższe fotografie.
       Fot. #F1b(dolne): Wygląd korony drzewa Ipoh, sfotografowany z ziemi.

Fot. #F1c(górne)
Fot. #F1d(dolne)

Fot. #F1cd: Dwie fotografie które ilustrują wygląd liści słynnego drzewa Ipoh, z soku którego produkowana jest piorunująca trucizna "kurara". (Kliknij na daną fotografię aby zobaczyć ją w powiększeniu.)
       Fot. #F1c(górne): Zbliżenie pnia tego drzewa pokazujące wygląd jego kory a także wygląd tabliczki inwentarzowej z napisem identyfikującym owo drzewo, przybitej do jego pnia. Napis ten stwierdza, cytuję:
URTICACEAE
ANTIARIS TOXICARIA LESCIA
IPOH
MALAY PENINSULAR, MALAY ISLANDS
INDIA, CEYLON
Pod ową tabliczkę wsunąłem liść drzewa Ipoh. Następna tabliczka zawiera numer inwentarzowy drzewa: E1 441.
       Fot. #F1d(dolne): Wygląd liścia drzewa Ipoh. Dla sfotografowania liść ten położyłem na długim korzeniu owego drzewa.


#F2. Korzeń "żeń szeń":

       Kolejną rośliną szeroko znaną z jej niezwykłych cech jest korzeń zwany "żeń szeń". Już jego wygląd zapowiada nadprzyrodzone własności. Często bowiem korzeń ten przyjmuje kształt człowieka - znaczy ma głowę, tułów, ręce, nogi - tak jak człowiek. Najwyraźniej już sam wygląd owego korzenia został celowo tak zaprojektowany przez Boga aby zwrócić uwagę ludzi na jego niezwykłe cechy lecznicze. Zdolności lecznicze tego korzenia są tak szerokie, że są one bliskie hipotetycznemu lekarstwu jakie od tysiącleci stanowi marzenie ludzkości, a jakie najczęściej nazywamy "lekarstwem na wszystko". Zdjęcie i dalsze informacje na temat owego niezwykłego korzenia zawiera punkt #G2 na totaliztycznej stronie korea_pl.htm - o tajemniczej, fascynującej, moralnej, postępowej Korei.


#F2.1. Energetyzujący rosół z kurczaka i korzenia "żeń szeń":

       Korzeń "żeń-szeń" zażywany jest leczniczo na setki sposobów. Poniżej przytoczę przepis na jeden z tych sposobów który jest łatwy do przygotowania oraz zarówno przyjemny jak i krzepiący. Przyjmuje on formę smakowitego rosołu z kurczaka i korzenia "żeń-szeń". Rosół ten działa wzmacniająco i energetyzująco jeśli się go pije kiedy ciągle jest gorący. Używany jest on szeroko jako środek silnie wzmacniający i energetyzujący wśród Chińczyków z Prowincji Sarawak na tropikalnej wyspie Borneo. Oto przepis na ten smakowity rosół:

Składniki:
       - 1 kurczak (mała kura),
       - wysuszony żeń-szeń (około 50 gram),
       - 2 szklanki (lub więcej) gorącej wody.

Przyrządzenie:
       Zamocz żen-szeń przez jedną godzinę w ciepłej wodzie. Obierz kurczaka ze skóry. Warunkowo (jeśli zechcesz) potnij kurczaka na małe kawałki o wielkości na jedno ugryzienie każdy. W przeciwnym przypadku gotuj kurczaka w całości. Umieść kurczaka w elektrycznym wolno-gotującym naczyniu (po angielsku w tzw. "slow cooker"). Wlej co najmniej 2 szklanki gorącej wody wody do tego naczynia (tj. tyle wody ile rosołu zamierza się wypić w jednym zażyciu). Wrzuć żeń-szeń do środka, Gotuj wolno przez 6 godzin. Przez pierwsze 0.5 godziny nastaw wolno-gotujące naczynie na "wolno" (po angielsku "slow"), resztę zaś czasu na "automatycznie" (po angielsku "auto"). Nie dodaje się soli, ani NIE wolno dodawać soli.

Zażywanie:
       Wypijać rosół kiedy ciągle gorący. Z żeń-szeniem nie wolno stosować (mieszać) żadnego innego pożywienia które zwielokratnia naszą energię.
       Po pierwszym zażyciu do pozostałości dodaj jeszcze raz wody i gotuj ponownie po raz drugi. To drugie gotowanie ponownie rewitalizuje rosół - tak jak jego pierwsze gotowanie.


#F3. Energetyzująca zupa z gniazd jaskółczych:

       W niektórych krajach południowo-wschodniej Azji żyje odmiana jaskółek jakich ślina ma silne własności energetyzujące i wzmacniające. Ślina ta zaś zawarta jest w gniazdach owych jaskółek. Dlatego w tamtych krajach gniazda jaskółcze są zbierane, zaś po wymyciu z nich błota są one sprzedawane jako dosyć kosztowny rodzaj przysmaku i potrawy wzmacniającej. W wymytej z błota formie wyglądają one jak rodzaj gęstej siatki wykonanej z białego plastyku i ukształtowanej w formę gniazda. Ich działanie jako potrawy jest dosyć podobne do działania rosołu z korzenia "żeń-szeń" opisanego powyżej w punkcie #F2.1. Oto przepis na tą smakowitą i kosztowną zupę z gniazd jaskółczych (przepis ten również wywodzi się od Chińczyków zamieszkujących Prowincję Sarawak na tropikalnej wyspie Borneo):

Składniki:
       - 1 gniazdo jaskółcze,
       - 1 kawałek/kryształ chińskiego białego cukru (około 9 cm sześciennych),
       - 2 szklanki (lub więcej) gorącej wody.

Przyrządzanie:
       Wlać gotującą się wodę do elektrycznego wolno-gotującego naczynia (po angielsku zwanego "slow cooker"). Włożyć gniazdo jaskółcze. Wolno gotować przez 4 godziny. Wyłączyć wolno-gotujące naczynie. Dodać cukier.

Zażywanie:
       Wypijać zupę w dowolny sposób na jaki nam smakuje.


#F4. Rośliny zapobiegające niechcianym ciążom:

       W dawnych czasach ludzie też umieli zapobiegać niechcianym ciążom. Wiedza ludowa praktycznie każdego kraju, w tym Polski, zna miejscowe zioła i sposoby na uniknięcie ciąży. Jeden z tych sposobów opisałem w punkcie #E1 odmiennej strony internetowej fruit_pl.htm - o tropikalnych owocach strefy Pacyfiku i o filozofii ich spożywania. O innym sposobie zapobiegania ciąży stosowanym kiedyś przez Maoryski z Nowej Zelandii można sobie poczytać w artykule "Grant to research birth-control plant" (tj. "Pieniądze na badania rośliny do kontroli narodzin") ze strony A3 gazety The New Zealand Herald, wydanie z czwartku (Thursday), February 26, 2009. Artykuł ten opisuje roślinę zwaną "poroporo plant" (solanum aviculare) która jest rodzima dla Nowej Zelandii, Australii i Nowej Gwinei. Liście tej rośliny są gotowane zaś woda po ich ugotowaniu jest pita na jakiś tydzień przed menstruacją. Działa ona jako kontraceptyw - znaczy na krótki okres czasu czyni kobietę bezpłodną. Woda ta również leczy problemy ze skórą (np. enzymę czy świerzb) oraz eliminuje wszelkie bóle.


#F5. Uzdrawianie kobiecej bezpłodności ziołową kuraminą przez altruistycznego zielarza z Malezji:

       Podczas moich wakacji w Malezji spotkałem dosyć niezwykłego hobbystę z Kuala Lumpur. Z zawodu jest on doradcą rolniczym. Jednak jako rodzaj altruistycznego hobby dokonuje on bezpłatnego uzdrawiania bezpłodności u osobiście mu znanych par małżeńskich. Swoją metodę uzdrawiania bazuje on na folklorystycznym wierzeniu zasłyszanym kiedyś od starego zielarza chińskiego pochodzenia, żyjącego w malezyjskiej prowincji Pahang. Wierzenie to stwierdza, że rosół z kury ugotowany na wywarze specjalnie spreparowanych i wysuszonych na słońcu liści jednego z ziół rosnących m.in. w tropikalnej Malezji, leczy bezpłodność i reguluje miesiączki u kobiet - owo "zioło plodnosci" i jego leczniczy preparat pokazane zostały poniżej na fotografii (a) i (b) z "Fot. #F5".
       Istnieją dosyć wymowne problemy ze zidentyfikowaniem botanicznej (naukowej) nazwy dla owego zioła. Wygląda też na to, że zioło to ciągle NIE jest znane nauce. Wszakże zioło to dotychczas było tylko znane dawnym ludowym herbalistom z grona chińskich osadników w Malezji, czyli miało tylko znaną im folklorystyczną nazwę i identyfikację. Jednak naukowo nikt dotychczas go jeszcze NIE zidentyfikował ani opisał - co jest godne pożałowania, jako że folklorystyczna wiedza o jego niezwykłych zdolnościach już wkrótce może zostać zapomniana. Dlatego, począwszy od dnia 5 września 2012 roku dopiero niniejsza moja strona internetowa dostarczyła światu pierwszego powszechnie dostępnego naukowego opisu leczenia kobiecej bezpłodności tym cudownym ziołem. Przyjaciel omawianego tu uzdrowiciela, ze znajomością botaniki, twierdzi że zioło to naukowo nazywa się "Acalypha Wilkesiana v. Marginata" z rodziny "Euphorbiaceae". Niestety, ani wygląd liści ani kwiaty opisywanego tu "zioła płodności" wcale NIE pokrywają się w wyglądzie z owym "Acalypha Wilkesiana v. Marginata". Autor zwrócił się więc do jemu znanej hortikulturystki o ponowne zidentyfikowanie tego zioła. Na podstawie otrzymanych od autora zdjęć i opisów liści i kwiatów tego zioła, jego znajoma hortikulturystka stwierdziła, że wygląd "zioła płodności" jest najbliższy do wyglądu zioła zwanego "Clerodendrum Philippinum" (chociaż prawdopodobnie też NIE jest ono "Clerodendrum Philippinum") - tj. najbliższy do rośliny rodzimej dla Chin, jednak w celach medycznych upowszechnionej po wszystkich obszarach w przeszłości zamieszkiwanych przez chińskich kolonizatorów (w tym Malezji). Do czasu więc któregoś z moich następnych przyjazdów do Malezji, kiedy być może zdołam sfotografować i opublikować tutaj także kwiaty tej rośliny, powinniśmy uważać, że to zioło i jego lecznicze zdolności najprawdopodobniej ciągle NIE są znane dzisiejszej oficjalnej nauce. Wygląda więc na to, że autor tej strony jako pierwszy naukowiec w świecie wpadł przypadkowo na trop wysoce leczniczego zioła uprzednio znanego tylko ludowym herbalistom z grona chińskiej mniejszości narodowej zamieszkującej w Malezji, jednak ciągle nieznanego tzw. "ateistycznej nauce ortodoksyjnej" (tj. tej niedbałej, leniwej, monopolistycznej, nastawionej na zyski nauce, jaka opisana jest i zdefiniowana w punktach #C1 do #C4 strony o nazwie telekinetyka.htm). Stąd przez zupełny przypadek autor tej strony prawdopodobnie wpadł na trop, opisał, opoblikował i ponownie otworzył do użytku ludzkości pierwsze zioło odkryte (re-discovered) przez nową "totaliztyczną naukę".
       Aby realizować tą ziołową metodę uzdrawiania kobiecej bezpłodności, sporą proporcję swego wolnego czasu omawiany tu herbalista z Kuala Lumpur poświęca suszeniu w słońcu liści tego zioła i przygotowywaniu z nich wymaganego preparatu leczącego (jego leczniczy wywar musi być bowiem sporządzany z takich wysuszonych na słońcu i odpowiednio spreparowanych liści tego zioła). Początkowo on sam osobiście przygotowywał też ów dosyć pracochłonny leczniczy rosół na wywarze z owych spreparowanych liści. Jednak z czasem zaczął się ograniczać do jedynie dawania zainteresowanym znajomym paczek gotowego preparatu pokazanego na "Fot. #F5b", wraz z wyjaśnieniem jak mają oni sobie sami przygotowywać i zażywać ów leczniczy rosół.
       Chińczycy leczyli się ziołami już w czasach kiedy reszta świata była pokryta puszczami po których biegały z maczugami półnagie brodate dzikusy. W przeciągu więc owych kilku tysiący lat używania ziół, chińska medycyna ludowa wypracowała ścisłą procedurę, jak owe zioła należy przygotowywać do zażycia, aby ich efekt był możliwie najsilniejszy. Procedura ta faktycznie zawsze jest taka sama, niezależnie jakie zioło się używa. Jej wynikiem też zawsze jest jedna chińska "miska" (tj. miska o pojemności około 0.3 litra) kurzego rosołu jaki zawiera wywar z danego zioła. Leczona osoba wypija ten rosół i w ten sposób się leczy. Oczywiście, dla cherlawego Polaka, który wysłany został na jakąs placówkę dyplomatyczną w Chinach i którego rozliczne choroby leczone tam były przez miejscowych zielarzy zawsze tak samo wyglądającym (i tak samo smakującym ziołami) rosołem z kury, owe lecznicze rosoły wyglądały na rodzaj uniwersalnej "medycyny" która leczy wszystkie choroby. Wszakże NIE miał on pojęcia, że dla każdej choroby ten rosół z kury gotowany jest przez Chińczyków na innym rodzaju zioła. Tak zapewne powstała legenda o cudownej tzw. "kuraminie" opowiadanej zarówno poważnie jak i żartobliwie w Polsce z czasów mojej młodości i opisanej szerzej na odrębnej stronie o nazwie healing_kuramina.htm (patrz też punkt #H1 niniejszej strony).
       Opiszmy więc teraz jak chiński folklor ludowy przygotowuje zioła do zażycia - tj. jak sporządzana jest owa chińska ziołowa "kuramina". Procedura przygotowania "zioła płodności" dla jednej chorej osoby jest następująca (dla kilku osób należy odpowiednio zwiększyć ilość zioła i mięsa). (1) Około 7 do 10 liści spreparowanego zioła pokazanego tutaj na zdjęciu z "Fot. #F5b" wkłada się do glinianego garnka. Do gotowania bowiem ziół folklor chiński używa glinianych lub kamionkowych garnków, jako że metal typowego dzisiejszego garnka neutralizuje lecznicze energie zawarte w ziołach. Pić (jeść) gotowego zioła też NIE powinno się metalową łyżką ani z metalowej miski (Chińćzycy do jedzenia używają porcelanowych łyżek i miseczek). (2) Do tego samego garnka wkłada się też kawałki odpowiednio podsmażonego kurzego mięsa jakiego procedurę przygotowania opisałem w następnym paragrafie tego punktu. (3) Zioło i kurze mięso zalewa się w owym garnku wodą o objętości czterech "chińskich miseczek". (4) Gotuje się długo owo mięso i zioła na niskim ogniu - tak aby z początkowych owych 4-ch miseczek wody wlanej z ziołami i z kurczakiem, wygotowały się całe 3 miseczki wody, a pozostała w garnku tylko objętość 1 miseczki rosołu. Dopiero ten zredukowany przez odparowanie rosół leczona kobieta wypija w celach leczniczych.
       Z zażywaniem owego leczniczego rosołu wiąże się też problem co uczyni się z mięsem kurczaka z którego rosół ten zstał ugotowany. Aby mięsa tego nie marnować, najlepiej gdyby chora osoba go zjadła (co oszczędni Chińczycy typowo czynią) - oczywiście jeśli jest w stanie jeść i jeśli NIE przeszkadza jej ziołowy smak tego mięsa. NIE jest ono bowiem trujące ani szkodliwe. Alternatywnie, można też je dać do zjedzenia psu lub innemu stworzeniu. Ja osobiście jednak bym odradzał aby przypadkiem go NIE wyrzucać - takie wyrzucenie byłoby bowiem "niemoralne". Niemoralne zaś postępowanie NIE tylko, że grozi konsekwencjami które opisałem szerzej w punkcie #D5 strony o nazwie fruit_pl.htm, a grozi także, że nasze leczenie NIE zakończy się sukcesem. Wszakże musimy pamiętać o ustaleniu nowej "totaliztycznej nauki", że faktycznie to leczy nas Bóg, a pobierane lekarstwo jest tylko rodzajem naszego działaniowego "podania do Boga o wyleczenie". Bóg zaś ma zwyczaj karania wszelkich niemoralnych działań. Tymczasem wyrzucenie nadającej się do spożycia żywności która kosztowała kurę jej życie byłoby wysoce "niemoralnym" działaniem. Przy jedzeniu owego mięsa trzeba jednak pamiętać o empirycznych ustaleniach Chińczyków, że rosół ziołowy i ewentualne mięso z którego został on ugotowany musi się spożywać zaraz po ugotowaniu i to ciągle zanim on przestygnie. Chińczycy wierzą bowiem, że "zioło które po pierwszym gotowaniu jest lekarstwem, po drugim gotowaniu staje się trucizną". Dlatego lekarstw ziołowych NIE wolno "odgrzewać" - tak jak "odgrzewa się" (czyli powtórnie gotuje) niektóre potrawy. Lekarstwa ziołowe trzeba wiec spożywać zaraz po pierwszym ugotowaniu, zaś jeśli ciągle coś z nich zostanie, wówczas trzeba tego się pozbyć w sposób moralny (np. użyć to jako paszę dla zwierząt).
       Chińczycy mają także rodzaj tradycyjnej już ludowej procedury przygotowania przysmażonej kury użytej potem do gotowania z chińskimi ziołami w celu przygotowania leczniczego wywaru (tj. "kuraminy"). Aczkolwiek dla odwrócenia smaku określonego zioła procedura ta może używać odmienne rodzaje aromatycznego olejku i przypraw, generalnie zawsze ma ona niemal identyczny przebieg. Mianowicie, Chińczycy zwykle przygotowują owo przysmażane mięso kurze w następujący sposób. (a) Zakupują w sklepie kawałek tzw. "free-range" kury (tj. kury która wyrosła sobie na wsi biegając sobie wolna po polach i dziobiąc według swego upodobania wszelkie składniki jakie były jej potrzebne do wzrostu). Nie może bowiem to być kura hodowana "przemysłowo", której wzrost odbywa się wyłącznie z pożywienia dostarczanego jej przez ludzi. Dla sporządzania ziołowego lekarstwa używa się możliwie najmniejszą ilość kurzego mięsa, tj. taką jaka jest absolutnie niezbędna dla poprawienia smaku danego zioła - zwykle do użycia w owym celu leczniczym używana jest tylko jedna mała pierś kurza, lub dwie małe kurze nogi. (Chodzi tu o to, że używając jedynie bardzo niewiele mięsa, ma się potem mniejszy problem co z owym mięsem uczynić po jego ugotowaniu. Jak bowiem wyjaśniłem to na końcu poprzedniego paragrafu, nie opłaca się ryzykować wyrzucenia tego mięsa.) (b) Obdarcie ze skóry zakupionego kurzego mięsa. Ów bowiem leczniczy rosół ("kuramina") NIE powinien być gotowany z kurzej skóry. (c) Zakupienie kawałka świeżej przyprawy po angielsku zwanej "ginger" (polska nazwa to "imbir"). Kawałek ten w przybliżeniu powinien mieć wielkość odpowiadającą wielkości trzech ludzkich palców (dorosłych). (d) Pokrajanie owego "ginger" na maleńkie kostki wielkości główki zapałki. (e) Smażenie tego "ginger" na gorącej patelni w około 4 łyżkach stołowych jakiegoś aromatycznego oleju - np. chińskiego oleju zwanego "Linseed oil". Oczywiście, może to też być dowolny inny olej. (f) Włożenie kawałków kurczaka do tak podsmażonego "ginger" i podsmażenie w oleju powierzchni owych kawałków mięsa. Wnętrze mięsa powinno ciągle być surowe. Uwaga - dla wykonywania leczniczych ziół (tj. "kuraminy") Chińczycy nigdy NIE używają soli, bowiem sól eliminuje lub neutralizuje lecznicze energie zawarte w ziołach.
       Pracochłonność dokonywania opisywanego tu leczenia bezpłodności powiększa jeszcze fakt, że ów leczniczy rosół typowo musi być pity przez okres około pół roku, zanim zacznie on działać. Jednak ów hobbysta twierdzi, że ta pracochłonność jest warta zachodu bowiem, jak dotychczas, ma on 87% poziom sukcesu z przywracaniem płodności - tj. 87 % kobiet leczonych tym wywarem zdołało potem naturalnie sobie spłodzić i urodzić zdrowe dzieci. Tak zaś wysoki poziom sukcesu oznacza, że owa prosta kuracja ziołowa oszczędza kobietom i ich mężom wszystkich tych "uciech" związanych z leczeniem kobiecej bezpłodności metodami dzisiejszej "ateistycznej medycyny ortodoksyjnej" (tj. tej medycyny jakiej uczą na dzisiejszych uczelniach - po szczegóły patrz np. punkty #J2 i #I1 tej strony), takich jak koszta, czasochłonność, ból, ambarasment, niewygody, potencjalne pomyłki lekarzy, itp. Oszczędza też wszelkich owych ryzykownych następstw ubocznych które wynikają z użycia nienaturalnych metod "atistycznej medycyny ortodoksyjnej" - przykładowo sporej szansy, że wyprodukowane przez tą medycynę dziecko będzie miało zwiększone ryzyko śmierci z powodu raka, tak jak zwraca na to uwagę artykuł "Cancer linked to fertility problem" (tj. "rak związany z problemem płodności"), ze strony A10 gazety The New Zealand Herald (wydanie ze środy (Wednesday), October 31, 2012).
       Dla naukowej ścisłości autor tej strony sporządził jedną miseczkę omawianego tu leczniczego rosołu ściśle wypełniając ową staro-chińską recepturę - aby móc tu opisać "jak" on smakuje i "czy" jego smak faktycznie jest bardzo nieprzyjemny. Już podczas gotowania, rosół z tym ziołem zapełnił całe mieszkanie słodkawym (egzotycznym) zapachem nieznanego. Podczas spożywania miseczki tego leczniczego rosołu, autor doznał mieszanych uczuć. Powodem było, że rosół wcale NIE smakował źle czy nieprzyjemnie. Podczas przełykania wcale też NIE smakował jak kurzy rosół - choć w jakiś czas po zjedzeniu formował on w ustach charakterystyczny posmak zjedzenia kurzego rosołu. Jego smak raczej przypominał jakiś nieznany chemiczny płyn o łagodnym i niemal niemożliwym do opisania smaku. Jedyne wrażenie możliwe do zdefiniowania, to że "oszukiwał on zmysły" powodując że przy przełykaniu czuł się on całkiem zimnym w ustach i wzdłuż całej drogi przełyku. Ma się wrażenie, że przełykany jest wychłodzony w lodówce płyn. I to na przekór, że zgodnie z chińską zasadą jedzenia ziołowych lekarstw, był on jedzony wkrótce po ugotowaniu kiedy ciągle był on niemal gorący. (Tj. kiedy był on tylko na tyle ochłodzony aby NIE poparzyć ust przy jego jedzeniu, jednak kiedy miseczka w jakiej się znajdował ciągle rozgrzewała dłonie, informując ręce że nadal jest on gorący.) To poczucie zimna przy jego przełykaniu dowodzi, iż jest on przepełniony żeńską energią chłodzącą, którą Chińczycy nazywają "yin". Jak bowiem wyjaśnia to punkt #B2 na stronie o nazwie fruit_pl.htm, owa żeńska energia "yin" ma właśnie "chłodzące" działanie. Prawdopodobnie zdumiewająca zdolnść tego zioła do leczenia kobiecej bezpłodności wynika właśnie z faktu iż jest ono przepełnione żeńską energią "yin" która przywraca balans energetyczny u kobiety zażywającej to zioło. Ponadto, obecność w leczniczym wywarze znacznych ilości tej energii "yin" powoduje, że podczas przełykania ów rosół szczypał mnie w przełyku - tak jakby był silnie naelektryzowany (podobnie jak "szczypie" w język dotknięcie wilgotnym językiem obu biegunów naraz w baterii 4.5 Voltowej – co podczas zabaw niekiedy czyniliśmy w czasach mojego dzieciństwa), lub jakby zawierał jakiś bezsmakowy i bezwonny alkohol. Zawarte w nim energie także działały jak alkohol, powodując rozlanie się po umyśle odczucia jakby odprężenia, rozluźnienia i odpoczynku. Zmysł zapachu też przekazywał wrażenie jedzenia chemicznego płynu. Podsumowując tu eksperyment autora z zażyciem tego zioła, żadna kobieta spożywająca ten rosół, NIE powinna narzekać, że ów rosół, ani mięso z którego został on wygotowany, smakuje nieznośnie czy choćby tylko nieprzyjemnie. Faktycznie jego jedzenie jest rodzajem niezwykłej i dosyć przyjemnej przygody smakowej niemożliwej do doznania przy jedzeniu jakiejkowiek innej potrawy.
       Przypadki bezpłodności których wyleczenia on z sukcesem dokonuje należą do grupy tych niezwykłych, wobec których dzisiejsza medycyna jest całkowicie bezradna. Znaczy, kiedy pod względem biologicznym i medycznym zarówno mężczyzna jak i kobieta danej pary są przez dzisiejszą medycynę okrzykiwani jako całkowicie zdrowi i zdolni do posiadania dzieci, jednak kiedy dana para w żaden sposób NIE może spłodzić sobie potomka. Typowo bowiem po około pół roku picia przez kobietę opisanej tu "kuraminy", para taka z sukcesem spładza potomka. Mechanizm tego uzdrowienia ów hobbysta wyjaśnia zdolnością jego ziołowego wywaru do eliminowania wszelkich zakłóceń z cyklu miesiączkowym kobiet oraz do precyzyjnego wyregulowania tego cyklu miesiączkowego.
       Istnieje jeden wysoce intrygujący aspekt uzdrowień owego hobbysty-uzdrowiciela. Dla badacza takiego jak ja, który zajmuje się naukowym identyfikowaniem metod działania Boga, aspekt ten daje wiele do myślenia. Mianowicie, folklor ludowy który jest źródłem receptury na uzdrawiającą "kuraminę" używaną przez owego hobbystę-uzdrowiciela, stwierdza jednoznacznie że receptura ta będzie działała tylko w przypadku jeśli cały proces uzdrawiania zostanie zrealizowany bezpłatnie, czyli wyłącznie jako przejaw serdeczności, miłości bliźniego i dobrych życzeń uzdrowiciela. Ów uzdrowiciel pedantycznie przestrzega więc i tego nakazu, stąd nigdy NIE pobiera żadnej opłaty za swój leczniczy rosół ani za wkład pracy i materiały jakie inwestuje w sporządzenie swojej "kuraminy". Niestety, ów nakaz aby NIE pobierać opłaty za leczenie wprowadza poważne ograniczenie do zakresu stosowania tej metody przywracania płodności. Wszakże całkiem za darmo ów hobbysta-uzdrowiciel jest w stanie przygotować swój leczniczy preparat jedynie dla wąskiego kręgu swoich najbliższych przyjaciół i członków rodziny. Tymczasem poza owym kręgiem, w wielkim świecie żyje całe zatrzęsienie par i kobiet które zapewne też chciałyby skorzystać z jego uzdrawiającego rosołu. Niestety, tamte inne pary NIE mogłyby sobie pozwolić aby przenieść się do Kuala Lumpur na całe pół roku w celu poddania się tej bezpłatnej kuracji. Z kolei zarobki i możliwości tego hobbysty, a także istniejące legalne "pułapki", NIE pozwalają mu aby sporządzać i wysyłać bezpłatnie swoją "kuraminę" do wielu ludzi naraz z szeregu krajów świata. (Nie wspominając tu już faktu, że nawet gdyby był on w stanie wysłać to zioło wszystkim potrzebującym, prawdopodobnie zioło to ciągle by NIE dotarło do adresatów, bowiem zostałoby zatrzymane przez celników po przybyciu do celu ponieważ wygląda ono nieco podobnie jak jakiś rodzaj narkotyku.) Dlatego ja osobiście więc wierzę, że chociaż Bóg oddał w ręce tego hobbysty wysoce skuteczne narzędzie lecznicze, jednak aby zabezpieczyć to narzędzie przed wpadnięciem w ręce niemoralnych osób które NIE zasługują na dobrodziejstwo jego działania, Bóg jednocześnie nałożył poważne ograniczenia na zakres zastosowań tego narzędzia. Niezależnie od kilku ograniczeń wynikających z miejsca w którym zioło to wyrasta, ograniczenia te mają też m.in. formę wymogu, że aby leczenie zakończyło się sukcesem, musi ono być przeprowadzone zupełnie "za darmo" na zasadzie serdeczności, miłości bliźniego i tzw. "dobrej woli".
       W tym miejscu warto zadać wysoce ciekawe i istotne pytanie, mianowicie "czy gdyby te same wymagania 'bezpłatności', 'dobrej woli' i 'miłości bliźniego' spełnić przy wszelkich innych procedurach leczenia, to czy i wówczas poziom sukcesu tych procedur też podniósłby się do niemal 100%?" Na taką możliwość wskazuje wszakże nie tylko powyższy przykład hobbysty z Malezji, a także zarówno (1) Biblia, jak i (2) wyniki moich badań dotyczących "moralności" ludzkiej i metod działania Boga (np. wyniki moich badań opisane w punkcie #B5 strony seismograph_pl.htm, czy w punktach #I3 i #I5 strony o nazwie petone_pl.htm), oraz (3) ludowe doświadczenia wielu narodów, dosyć klarownie wyrażone np. foklorystycznym powiedzeniem Chińczyków, "on wyjdzie z tej choroby, bowiem jest on dobrym człowiekiem" (odnotuj że to chińskie powiedzenie faktycznie stwierdza "jego choroba ulegnie wyleczeniu, bowiem będąc dobrym człowiekiem jest on otoczony przez wielu ludzi którzy wszyscy będą zgodnie modlili się do Boga o jego wyzdrowienie, jednocześnie NIE ma on wrogów których przeciwstawne życzenia unieważniałyby owe życzenia o jego wyzdrowienie"). Przykładowo, w Biblii ową możliwość uzdrawiania przez Boga kaźdej osoby którą jakiś uzdrawiacz uznaje za wartą swego "bezpłatnego" wysiłku i autentycznych życzeń aby została ona uzdrowiona, potwierdza między innymi następujący werset 18:19 z "Ewangelii Św. Mateusza", cytuję: "Jeśli dwaj z was na ziemi zgodnie o coś prosić będą, to wszystkiego użyczy im mój Ojciec, który jest w niebie." W przypadku więc gdy uzdrawiacz uzna że ktoś jest faktycznie na tyle wartościowym i dobrym człowiekiem iż warto aby leczyć go "za darmo", wówczas o uzdrowienie tej osoby szczerze i zgodnie modlą się w duchu co najmniej aż dwie osoby, tj. ów uzdrawiacz oraz dana uzdrawiana osoba. Jeśli jednak ktoś jest leczony "za zapłatą" przez dyplomowanego (i drogiego) lekarza będącego produktem dzisiejszej ateistycznej i ortodoksyjnej uczelni medycznej, wówczas często o jego uzdrowienie modli się tylko jedna osoba, tj. sam chory - tak jak zasady modlenia się o uleczenie lub uzdrowienie wyjaśnia punkt #G7 strony will_pl.htm. Wszakże w dzisiejszych coraz niemoralniejszych czasach, przy takim leczeniu "za opłatę", chytry na pieniądze lekarz, zamiast też w zgodzie z uzdrawianym życzyć w swych myślach aby nastąpiło pełne wyleczenie danej choroby, może raczej skoncentrować swoje skryte myśli i życzenia na celu który jest zupełnie odwrotny do życzeń i myśli chorej osoby - mianowicie na uzyskaniu od chorego możliwie największej zapłaty, a stąd tylko na ulżeniu symptomów danej choroby zamiast na jej wyleczeniu. (Wszakże jeśli choroba pozostanie, a załagodzeniu ulegną tylko jej symptomy, wówczas za przedłużające się leczenie co bardziej zachłanny lekarz może "wyciągać" od chorego znacznie większą ilość pieniędzy niż gdyby całkowicie wyleczył on chorego - po więcej szczegółów na ten temat patrz punkt #I1 przy końcu tej strony.)
       Powinienem tu jeszcze dodać, że dla powodów wartych obiektywnego zbadania, Bóg obdarzył Malezję aż całym szeregiem niekonwencjonalnych metod uzdrawiania bezpłodności (szczególnie tych jej odmian wobec których ortodoksyjna medycyna jest bezradna). Niezależnie od opisanego powyżej hobbysty i jego "kuraminy", z leczenia bezpłodności słynie w Malezji niewielkie jeziorko o kształcie odwróconej piramidy (która to piramida trwale telekinetyzuje wodę tego jeziorka). Owo jeziorko nazywa się "Lake of the Pregnant Maiden" - t.j. "Jezioro Ciężarnej Piękności" (po malezyjsku "Tasik Dayang Bunting") i jest położone na niewielkiej skalistej wysepce przy brzegach turystycznej wyspy Langkawi z północno-zachodniej części Malezji. Kąpiele w natelekinetyzowanej wodzie owego jeziorka przywracają płodność. Więcej informacji o samym tym jeziorku zawarłem w punkcie #3 z podrozdziału KB4 tomu 9 mojej monografii [1/5]. Z kolei więcej informacji o życiodajnych cechach natelekinetyzowanej wody (i innej natelekinetyzowanej materii), zawierają podrozdziały H8 do H8.2 z tomu 4 i KB1 do KB3 z tomu 9 mojej najnowszej monografii [1/5].

Fot. #F5a(górne)
Fot. #F5b(dolne)

Fot. #F5ab: Acalypha wikesiana v. Marginata z rodziny Euphorbiaceae czy też Clerodendrum Philippinum? Z pewnością jednak "zioło płodności" efektywnie leczące kobiecą bezpłodność. Jego oficjalna nazwa NIE została jeszcze zidentyfikowana - wygląda więc na to, że autor tej strony przypadkowo wpadł na trop zioła ciągle nieznanego "ateistycznej nauce ortodoksyjnej" (tj. tej niedbałej, leniwej i monopolistycznej nauce jaka opisana jest i zdefiniowana w punktach #C1 do #C4 strony o nazwie telekinetyka.htm), a stąd autor otwarł do użytku ludzkości pierwsze zioło odkryte przez nową "totaliztyczną naukę". Dotychczasowe wyniki stosowania tego zioła zdają się sugerować, że około 87% bezpłodnych kobiet zażywających to zioło (tj. 7 z każdych 8 zażywających), naturalnie zachodziło w ciążę w przeciągu NIE później niż jednego roku od podjęcia jego zażywania. (U pozostałych, 8-mych z tych kobiet, prawdopodobnie przyczyna bezpłodności leżała u jej partnera). Preparat tego zioła (ten pokazany w części "b") dostarczany jest bezpłatnie osobiście znanym owemu uzdrawiaczowi parom lub osobom. Aby nieco załagodzić jego nieprzyjemny smak, raz w miesiącu preparat ten gotuje się z kurczakiem zgodnie ze starą chińską recepturą ludową, poczym kobieta wypija powstałą w ten sposób szklankę rosołu zawierającego w sobie wywar z tego zioła. (Kliknij na powyższe zdjęcie aby zobaczyć je w powiększeniu, albo aby przemieścić je w inne miejsce ekranu.)
       Fot. #F5a(górne): Wygląd "zioła płodności" (tj. "fertility herb") rosnącego w Malezji. Zioło to można poznać po unikalnym wyglądzie jego dużych jak ludzka dłoń liści oraz bardzo charakterystycznych kwiatów. Niestety, autor tej strony NIE był obecny w Malezji kiedy ono zakwita, stąd NIE może tu pokazać jak wyglądają jego kwiaty. Z ich opisu wie jednak, że kwiaty tego zioła są małe, białe, podobne do kwiatów niewielkiej białej róży, naraz zakwita ich wiele formując kwiatową kulę (podobną do kuli formowanej przez biale kwiaty "hydrangea"), oraz że w jakiś czas po zakwitnięciu kwiaty te zmieniają kolor na różowy. Pokazane tu na fotografii zioło wyrosło do wysokości około jednego metra. Jednak największe jego okazy mogą osiągać wysokość do 2 metrów. Cechy leczące kobiecą bezpłodność mają jego liście, które jednak przed zażyciem trzeba pracochłonnie przetransformować w specjalny "preparat leczniczy" nieco podobny z wyglądu do liści tytoniu używanych do zwijania cygar. Mianowicie, liście te trzeba aż osiem razy kolejno gotować w parze wodnej, poczym wysuszać na słońcu, potem ponownie gotować i wysuszać, itd. (tak aż 8 razy). Przy każdym takim kolejnym gotowaniu, razem z liśćmi gotuje się aż cztery objętości wody (np. cztery szklanki), poczym zgodnie z chińską tradycją zielarską gotuje tą wodę i liście przez tak długo, aż owa woda wygotuje się do jednej objętości (np. do jednej szklanki). Po takim potraktowaniu tych liści, gotowy do użycia, suchy preparat leczniczy wygląda jak pokazuje to fotografia z części (b). Dopiero ten suchy preparat ów uzdrowiciel rozdaje za darmo znanym mu parom lub osobom które zdecydują się leczyć wykrytą u nich kobiecą bezpłodność.
       Uderzająca w owej wysoce pracochłonnej procedurze przygotowania leczniczego preparatu "zioła płodności", jest jej podobieństwo do procedury przygotowywania tzw. "lekarstw homeopatycznych". Wygląda więc na to, że obie te procedury przygotowania lekarstw są celowo tak zaprojektowane aby w końcowym produkcie zwiększać ilość szczegółnego rodzaju energii, która w punktach #D1 do #E1 totaliztycznej strony o nazwie parasitism_pl.htm opisywana jest pod nazwą energia moralna lub energia "zwow" - właśnie która to energia (a NIE lekarstwo jakie ją zawiera) wybiorczo leczy dany rodzaj chorby lub dolegliwości.
       Fot. #F5b(dolne): Gotowy do użycia, wysuszony preparat z "zioła płodności" rosnącego w Malezji. Pokazana tu ilość tego preparatu jest odpowiednia dla jednorazowego spożycia przez jedną leczoną kobietę. Przez omawianego tu zielarza preparat ten jest rozdawany za darmo osobiście znanym mu parom lub osobom chcącym wyleczyć wykrytą w ich związku kobiecą bezpłodność. Szokująca jest w nim wysoka efektywność z jaką leczy on kobiecą bezpłodność - na bazie dotychczasowych zastosowań ocenianą na około 87% przypadków. Jednorazowo w każdym cyklu płodnym danej kobiety należy ugotować około 7 do 10 liści tego preparatu wraz z kurczakiem (kurczak jest dodawany tylko dla zmienienia jego nieprzyjemnego smaku) poczym kobieta wypija cały powstały w ten sposób rosół. W około pół roku od rozpoczącia takiej kuracji (ale NIE dłużej niż po roku), typowo kobieta ta naturalnie zachodzi w ciążę. Preparat ten okazuje się też pomocny w przypadkach "witro-fertylizacji" - którą potrafi on uczynić efektywną już po tylko jednej próbie.


#F6. Bogactwo leczniczych roślin w Malezji:

Motto: "Dla każdej choroby Bóg stworzył też zioło, roślinę lub owoc które leczą tą chorobę."

       Niniejsza strona NIE jest w stanie omówić wszystkich leczniczych ziół, roślin i owoców wraz z ich uzdrawiającym działaniem - chociaż na niej, a także na jeszcze jednej totaliztycznej stronie o nazwie fruit_pl.htm, opisany jest aż cały szereg co bardziej istotnych przykładów. Wszakże takie opisy wymagałyby przygotowania opasłej encyklopedii, a NIE niewielkiej strony. Niemniej jako folklorystyczną ciekawostkę, opiszę tu kilka co powszechniej trapiących ludzi chorób czy dolegliwości, oraz wskażę roślinne lekarstwo z Malezji o którym lokalny folklor twierdzi, iż leczy on daną chorobę czy dolegliwość.
       1. Rak. Folklorystyczne lekarstwo ziołowe rosnące w Malezji, które powszechnie się tam wskazuje jako leczące raka to tzw. wężowa trawa z Sabah (lokalnie nazywana "Sabah snake grass"). Aczkolwiek, jak większość ludowych ziół i lekarstw, "trawa" ta NIE była dotychczas oficjalnie badana, podobno leczy ona (i zapobiega) wszelkie odmiany raka. Jej stosowanie sprowadza się do picia każdego dnia rano soku jaki nie tylko wyciskany jest z owoców, ale także z około 30-tu liści owej "trawy". Odnotuj, że chociaż nazywają ją "trawą", faktycznie wygląda ona jak rodzaj miniaturowego drzewka wierzby - ja mam nawet jej fotografię jednak jej tu NIE publikuję, bowiem relatywnie dobrze jest ona już opisana i zilustrowana w internecie.
       2. Męskie problemy ze wzwodem. W dzisiejszych czasach otyłości, coraz więcej mężczyzn ma trudności z odbyciem stosunku seksualnego z powodu trudności ze wzwodem. Na szczęście ortodoksyjna medycyna dorobiła się już lekarstw, w rodzaju "viagra". W Malezji jednak, od wieków znane jest naturalne lekarstwo ziołowe leczące problemy z męskim wzwodem oraz intensyfikujące męski popęd płciowy. Jest ono nazywane "Tongkat Ali". (Jego botaniczna nazwa to "Eurycoma longifolia".) Jego wprost legendarne działanie jest już aż tak znane w Malezji i poza jej granicami, że przykładowo w sierpniu 2012 roku w historycznej miejscowości malezyjskiej zwanej "Malaka", pastylki zawierające ekstrakt z "Tongkat Ali" wystawione były tam na półkach niemal każdego sklepu dla turystów. (Odnotuj jednak, że były to "pastylki ekstraktu", jakich działanie niekoniecznie musi się pokrywać z działaniem samego zioła. Natomiast samego zioła "Tongkat Ali" NIE dawało się tam jednak oficjalnie zakupić w sklepach ani w aptekach.)
       3. Kobiecy brak "libido". U wielu dzisiejszych kobiet szybko zanika chęć odbywania stosunków seksualnych. Lekarze nazywają to zjawisko zanikiem "libido". Jak dotychczas konwencjonalna medycyna NIE zna lekarstwa na ten zanik - tj. NIE zna czegoś co dla kobiet byłoby odpowiednikiem męskich "viagra". Jednak folklor Malezji zna taki kobiecy odpowiednik "viagra", a ściślej zna zioło które czyni kobiety - jak to po angielsku się nazywa, "horny", czyli usilnie potrzebujące i dopraszające się "stosunku seksualnego". Jest ono tam nazywane "Kacip fatimah". Można powiedzieć, że jest ono malezyjskim odpowiednikiem dla polskiego zioła zwanego "lubczyk". Tyle że owo malezyjskie zioło jest znacznie efektywniejsze od polskiego "lubczyka", a ponadto powoduje ono u kobiet znacznie więcej wysoce leczniczych następstw.


#F7. Ludowe metody leczenia cukrzycy - nowozelandzka "kawakawa", koreańskie "poczwarki jedwabnika":

       Jedną z "epidemii" jakie trapią naszą dzisiejszą cywilizację, jest cukrzyca. Oto więc opisy ludowych remedii na cukrzycę z jakimi dotychczas się zetknąłem:
       1. Ludowa metoda leczenia cukrzycy nowozelandzką "kawakawa". W poniedziałek dnia 11 maja 2009 roku, na kanale 3 telewizji nowozelandzkiej, w godzinach 19:30 do 20:30, nadany był kolejny odcinek cotygodniowego programu o nazwie "60 Minutes". Ciekawostką tego odcinka było, że prezentował on m.in. napój o którym jego użytkownicy twierdzili że daje im on ulgę w cukrzycy oraz zmniejsza zapotrzebowanie na zastrzyki insuliny. Napój ten narazie NIE był jednak formalnie przebadany. Stąd jego własności lecznicze ciągle mają wartość plotki czy subiektywnej opinii indywidulanych użytkowników - a nie obiektywnie potwierdzonego faktu. W sensie składu, napój ten stanowi wywar z liści rodzimego dla Nowej Zelandii drzewka o nazwie kawakawa. Owa "kawakawa" jest lokalnym krewniakiem "drzewka pieprzu" - chociaż z niezrozumiałych dla mnie powodów mi ona przypomina miniaturkę polskiej "olszyny". Wywar z "kawakawa" jest dodatkowo posłodzony aktywnym miodem z innego leczniczego krzewu Nowej Zelandii nazywanego "manuka". (Sam czysty wywar z liści "kawakawa" jest podobno tak gorzki, że nie daje się go przełknąć.)
       2. Ludowa metoda leczenia cukrzycy z Korei za pomocą "poczwarek jednwabnika". W tym miejscu powinienem dodać, że podobne subiektywne opinie (niepotwierdzone przez żadne oficjalne badania) o rzekomej zdolności do leczenia cukrzycy słyszałem też w Korei na temat "poczwarek jedwabnika". Ludowe opinie Koreańczyków o rzekomych leczących cukrzycę zdolnościach "poczwarek jedwabnika", razem ze zdjęciem tych poczwarek, przytoczyłem w punkcie #B3 strony internetowej korea_pl.htm - o tajemniczej, fascynującej, moralnej i postępowej Korei. Odnotuj jednak, że do leczniczych zdolności "poczwarek jedwabnika" referuję też w punkcie #H2 niniejszej strony.


#F8. Ludowe metody leczenia astmy - ogrodowymi ślimakami z Nowej Zelandii i Anglii, suszonymi nietoperzami z Malezji:

       Kolejną z "epidemii" która też trapii dzisiejsze społeczeństwa, jest astma. Oto więc opisy ludowych remedii na astmę z jakimi dotychczas się zetknąłem:
       1. Ludowa metoda leczenia astmy nowozelandzkimi i angielskimi "ślimakami ogrodowymi". O jednej z ludowych receptur na leczenie astmy wyczytałem z artykułu "Spreading at more than a snail's pace" (tj. "rozprzestrzeniają się szybciej niż w ślimaczym tempie") ze strony A10 nowozelandzkiej gazety The Dominion Post, wydanie z poniedziałku (Monday), November 19, 2012. Metoda ta używa rodzju nalewki octowej przygotowanej na miażdżonych ślimakach ogrodowych (do których należą m.in. i polskie ślimaki "winniczki"). Ślimaki ogrodowe zostały przywiezione do Nowej Zelandii z Anglii, stąd opisana tu receptura prawdopodobnie oryginalnie wywodzi się z Europy - co zresztą pośrednio zdaje się potwierdzać w/w artykuł pisząc, że podobną recepturę około lat 1870-tych przywiozła do Nowej Zelandii z Lyons europejska zakonnica zwana "Siostra Aubert". Jednak w referowanym tu artykule receptura ta jest opisywana jako wywodząca się z tradycyjnej medycyny maoryskiej (tzw. "rongoa"). Oto co ona stwierdza - cytuję w moim tłumaczeniu z w/w artykułu: "Zbieraj ślmaki rano kiedy rosa jest ciągle na roślinach. Miaźdź je i zmieszaj z równą ilością octu i wody; odstój przez 24 godziny; odsącz i wypij płyn." (W oryginale angielskojęzycznym: "Gather snails while the dew is still on the plants in the morning. Crush and put in equal parts of vinegar and water; stand 24 hours; drain off liquid and drink.") Odnotuj, że w/w artykuł podaje też email jego autora - stąd zainteresowani tą starą recepturą zapewne mogą od niego uzyskać więcej szczegółów.
       2. Ludowa metoda leczenia astmy malezyjskimi suszonymi "nietoperzami owocowymi". Nieco podobna receptura dla leczenia astmy używana też była przez malezyjskich Chińczyków. Tyle że zamiast nalewki ze ślimaków używali oni zupy ugotowanej z suszonych "nietoperzy owocowych" - tj. tych samych nietoperzy jakie opisuję w punkcie #C2 strony o nazwie cooking_pl.htm. (Odnotuj, że zapewne nieprzypadkowo, zarówno ślimaki, jak i nietoperze owocowe, żywią się wyłącznie produktami najróżniejszych roślin ogrodowych.)


Część #G: "Samouzdrawianie" postulowane ustaleniami filozofii totalizmu i "totaliztycznej nauki", które zamiast "medykamentów" używa "odwracanie własnych wierzeń" ("placebo"):


#G1. Nowa "totaliztyczna nauka" wskazuje przyszłościowe zasady odzyskiwania zdrowia:

Motto: 'Nigdy NIE wierz temu co stara "ateistyczna nauka ortodoksyjna" twierdzi na temat Boga - jeśli bowiem dokładnie poznasz Boga w zgodzie z podejściem "a priori" nowej "totaliztycznej nauki" wówczas otworzą się przed tobą perspektywy o jakich nawet przysłowiowym "filozofom się nie śniło".'

       Na temat własnego zdrow